Kiedy kilka miesięcy temu pisałem o późnej epoce brązu współczesnego Zachodu, najważniejszym słowem była kruchość. Im bardziej system staje się złożony, tym więcej ma miejsc, których awaria może pociągnąć za sobą coś zupełnie nieproporcjonalnego do rozmiaru pierwszego uszkodzenia. Port, kabel, serwerownia, transformator, terminal LNG, kilka fabryk półprzewodników, cieśnina szeroka na tyle, by zaznaczyć ją na mapie grubszą kreską. Wspaniała cywilizacja, która nauczyła się produkować niemal wszystko, odkryła przy okazji, że niemal wszystkiego potrzebuje na czas.
Napisałem wtedy, że najbardziej rozwinięte systemy produkują własną kruchość szybciej, niż potrafią ją przyznać. Dziś dopisałbym do tego jedno słowo: kruchość rozpoznana.

System może przez dziesięciolecia żyć ze swoimi słabymi punktami, dopóki pozostają one tematem konferencji o odporności infrastruktury i grubych raportów, których nikt poza autorami nie czyta do końca. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś po drugiej stronie mapy zaczyna czytać je uważniej niż właściciele infrastruktury. Nie po to nawet, by jednym uderzeniem zburzyć cały system – to byłoby kosztowne, ryzykowne i mogłoby skonsolidować przeciwnika. Ciekawsze jest sprawdzenie, ile potrzeba niewielkich nacisków, aby system zaczął sam przerzucać swoje siły, zapasy i uwagę z jednego końca mapy na drugi.
W późnej epoce brązu nie było jednego poranka, podczas którego ktoś oznajmił mieszkańcom Ugarit, Myken i Hattusy, że właśnie rozpoczął się upadek ich świata. Archeologia zresztą nie daje nam jednej wygodnej przyczyny. Wojny, migracje, zmiany klimatu, konflikty wewnętrzne, zerwanie sieci wymiany, lokalne katastrofy i kryzysy polityczne układają się w znacznie bardziej nieporządny obraz, a badacze przestrzegają dziś przed opowieścią o jednym synchronicznym kataklizmie około 1200 roku p.n.e.
Jako model myślowy pozostaje jednak coś niezwykle interesującego. Nie trzeba jednej katastrofy, jeżeli kilka problemów, z których każdy osobno dałoby się rozwiązać, pojawia się wystarczająco blisko siebie i zaczyna wzmacniać swoje skutki.
To być może najciekawsza analogia z naszym czasem.
Przez ostatnie miesiące przyglądałem się coraz gęstszej sieci zdarzeń biegnącej od Morza Bałtyckiego przez Ukrainę i Białoruś, Rosję i Koreę Północną, aż po Chiny, Iran, Morze Czerwone i cieśninę Ormuz. Najłatwiej byłoby ułożyć z niej efektowną teorię: oto powstaje wielka antyzachodnia oś, jej członkowie uzgadniają zegarki, a któregoś ranka kilka frontów otworzy się jednocześnie. Taką historię dobrze się czyta, bo ma sprawcę, plan i datę. Historia rzadko okazuje nam podobną uprzejmość.
Dowodów na jeden sztab nie znaleźliśmy. Pojawiło się natomiast coś bardziej niejednoznacznego i przez to może ciekawszego: możliwość synchronizacji bez koordynacji.
Nie jest to teza wywiadowcza ani twierdzenie, że Pekin, Moskwa, Teheran i Pjongjang potajemnie podzieliły role. To raczej sposób patrzenia na system, w którym różni gracze mogą dostrzegać tę samą rzecz: przeciwnik zajęty w jednym miejscu staje się trochę mniej swobodny w drugim. Nie muszą uzgadniać celów. Wystarczy, że każdy ma własny.
Najbardziej materialny przykład daje dziś współpraca Rosji z Koreą Północną. Multilateral Sanctions Monitoring Team podał 16 września, że pod koniec 2025 roku w Rosji pracowało od piętnastu do trzydziestu tysięcy obywateli KRLD, a północnokoreańscy pracownicy zostali zaangażowani również w produkcję rosyjskich dronów wojskowych. Raport opisuje ponadto mechanizmy ukrywania części tej migracji pod wizami studenckimi oraz przejmowania przez państwo północnokoreańskie większości wynagrodzeń.
To już coś więcej niż wagon pocisków przejeżdżający przez granicę. Fragment rosyjskiego zaplecza wojennego zaczyna korzystać bezpośrednio z zasobów drugiego państwa. Nie dowodzi to wspólnego planu przyszłej wojny, ale pokazuje, że dwa systemy mogą stopniowo zrastać się tam, gdzie najbardziej liczy się materia: w produkcji, pracy i zdolności zastępowania brakujących zasobów.
Rosyjski przypadek europejski wygląda inaczej. Ośrodek Studiów Wschodnich ocenia, że Moskwa może próbować zwiększać nacisk na Europę przez bardziej kinetyczne formy wojny hybrydowej – sabotaż, działania przeciw infrastrukturze krytycznej, prowokacje lotnicze i incydenty konstruowane tak, aby pozostawiały miejsce na spór o to, czy przekroczony został już próg otwartej agresji. Jest to prognoza analityczna, nie ujawniony plan rosyjskiego sztabu. Ważna jest jednak opisana przez nią logika: nie tyle zniszczyć przeciwnika, ile sprawić, żeby samo utrzymywanie bezpieczeństwa kosztowało go coraz więcej.
Na Bliskim Wschodzie układ komplikuje się jeszcze bardziej. Huti uderzają rakietami i dronami na cele saudyjskie, a ich działania dotyczą przestrzeni, w której kilka cieśnin, portów i instalacji naftowych ma znaczenie dalece wykraczające poza region. 19 września Huti ogłosili ataki między innymi na Rijad i Yanbu, a Arabia Saudyjska potwierdziła przechwytywanie pocisków i dronów.
I właśnie tutaj rozsypuje się wygodna opowieść o jednolitym bloku. Chiny i Rosja mogą jednego dnia wspólnie zablokować przedłużenie mandatu niezależnych ekspertów ONZ monitorujących sankcje wobec Iranu, a Pekin może niemal równocześnie naciskać na Teheran, aby wykorzystał swoje wpływy do powstrzymania Huti. Powód nie wymaga wielkiej teorii geopolitycznej: destabilizacja Morza Czerwonego i szlaków energetycznych uderza również w chińskie interesy.
Partnerstwo nie oznacza więc wspólnego zegarka. Państwa mogą sobie pomagać, osłaniać się dyplomatycznie, handlować technologią i energią, a jednocześnie hamować partnera, kiedy jego eskalacja zaczyna wystawiać rachunek także im. Współpraca, konkurencja i oportunizm mogą istnieć w tym samym związku bez szczególnego poczucia sprzeczności.
Chiny są z tego punktu widzenia przypadkiem najbardziej niejednoznacznym. 28 sierpnia przyjęły gruntownie zrewidowaną ustawę o mobilizacji obronnej, która wchodzi w życie 1 października. Obejmuje ona plany mobilizacyjne, rezerwy osobowe, strategiczne zapasy, produkcję i naprawę uzbrojenia oraz zasady wykorzystywania zasobów cywilnych; sama definicja mobilizacji mówi o zapewnieniu szybkiego przejścia między warunkami pokoju i wojny.
Nie jest to dowód, że Pekin podjął decyzję o wojnie z Tajwanem. Państwa przygotowują procedury również po to, żeby nigdy nie musiały ich uruchamiać. Jest to jednak przypomnienie, że zdolność mobilizacyjna sama w sobie jest elementem siły. Człowiek, który sprawdza gaśnice, nie musi planować pożaru. Rozsądnie natomiast zauważyć, że zależy mu, aby w razie pożaru zadziałały szybko.
Współczesna sytuacja jest więc trudniejsza do opisania niż klasyczny sojusz militarny. Jeżeli dwa państwa podpisują traktat, wiadomo przynajmniej, czego szukać. Jeżeli kilka państw i kilka organizacji zbrojnych niezależnie dochodzi do wniosku, że Zachód jest zajęty na paru kierunkach, nie potrzebują wspólnego dokumentu. Wystarczy oportunizm.
Wyobraźmy sobie kilku ludzi próbujących przejść przez tę samą wąską bramkę. Nie muszą się znać ani umawiać. Mogą nawet zmierzać w różnych kierunkach. Problemem bramki nie jest ich spisek, lecz jej przepustowość.
Zachodni system bezpieczeństwa również ma swoją przepustowość. Dysponuje olbrzymimi zasobami gospodarczymi, technologicznymi i wojskowymi, ale zasoby pozostają materialne. Ta sama bateria przeciwlotnicza nie może równocześnie bronić Warszawy, Kijowa, Rijadu i bazy na Pacyfiku. Ten sam pocisk przechwytujący nie może zostać wystrzelony dwa razy. Fabryka amunicji nie zwiększa produkcji w chwili, gdy polityk używa na konferencji prasowej słowa „determinacja”.
To brutalna właściwość rzeczy materialnych – nie reagują na retorykę.
Niedawno przyglądałem się analizie, której autor zgromadził trzydzieści dziewięć sygnałów rosyjskiej presji w naszym regionie: drony, ćwiczenia, stacje retransmisyjne, uderzenia w pobliżu granic, podrywane samoloty, przesuwane zestawy obrony przeciwlotniczej i nowe stanowiska radarowe. Im więcej punktów pojawiało się na mapie, tym bardziej przypominała ona meteorologiczny obraz burzy, która już zaczęła się formować.
Kiedy jednak zaczęliśmy te sygnały rozdzielać, okazało się, że część z nich jest wielokrotnym zapisem tego samego procesu. Rosyjski atak powoduje poderwanie polskich samolotów, następnie przemieszczenie obrony przeciwlotniczej, komunikat rządu i decyzję o dodatkowym radarze. Można z tego zrobić pięć kropek. Przeciwnik wykonał jednak jeden ruch, a pozostałe są odpowiedzią systemu.
Taka korekta powinna uspokajać. Nie uspokoiła.
Po usunięciu powtórzeń zostało mniej zdarzeń, ale wyraźniej było widać, że należą do różnych mechanizmów. Ataki na logistykę zachodniej Ukrainy były jednym z nich. Incydenty z bezzałogowcami w pobliżu przestrzeni NATO – drugim. Wykorzystywanie infrastruktury na Białorusi do wspierania rosyjskich operacji dronowych – trzecim. Ukraińska Straż Graniczna poinformowała 19 września, że od około tygodnia wykrywa na terytorium Białorusi aktywne retransmitery wzmacniające sygnały rosyjskich dronów kierowanych przeciw zachodnim regionom Ukrainy. To twierdzenie strony ukraińskiej, nie niezależnie zweryfikowany zapis całej operacji, ale samo rozróżnienie pozostaje ważne.
Trzy niezależne mechanizmy mówią więcej niż trzydzieści dziewięć punktów, jeżeli część punktów jest tylko echem tej samej decyzji.
I tutaj wraca późna epoka brązu.
Jeżeli statek z miedzią nie przypływał do portu, człowieka czekającego na metal zapewne niezbyt obchodziło, czy zawiniła wojna, piraci, bunt, sztorm, kryzys polityczny w mieście pośredniczącym czy nieurodzaj gdzieś daleko. Brak miedzi pozostawał brakiem miedzi. Kowal nie mógł przekuć raportu o przyczynach zakłócenia w ostrze.
Współczesny odpowiednik wygląda podobnie. Jeżeli zabraknie transformatora, pocisku przeciwlotniczego, półprzewodnika, kabla energetycznego albo zdolności przewozowej kolei, dla działania systemu drugorzędne staje się chwilowo to, czy przyczyną był rosyjski sabotaż, wojna na Bliskim Wschodzie, kontrola eksportu w Azji czy awaria statku na drugim końcu świata. Analityk musi wiedzieć „dlaczego?”. System w pierwszej kolejności pyta: „co teraz?”.
W tej różnicy mieści się możliwość przeciążenia.
Nowoczesny Zachód stworzył niezwykle efektywną cywilizację czasu pokoju. Produkcja została zoptymalizowana, zapasy zmniejszone, łańcuchy dostaw wydłużone, specjalizacja pogłębiona. Sojusze ograniczają kosztowne dublowanie zdolności, ponieważ nie każdy musi mieć wszystko. Prawo, konsultacje i procedury zmniejszają ryzyko pochopnej decyzji. Demokracja utrudnia jednej osobie wywołanie wojny w środku nocy.
To nie są wady systemu. To jedne z jego największych osiągnięć.
Problem polega na tym, że zaleta widziana z drugiej strony czasem przypomina słabość. Specjalizacja tworzy wąskie gardła, efektywność ogranicza kosztowne rezerwy, konsultacja wymaga czasu, prawo wymaga dowodu, sojusz – uzgodnienia, a demokracja – przekonania obywateli, że koszt reakcji jest uzasadniony. Przeciwnik działający poniżej progu otwartej wojny może więc zadawać wyjątkowo niewygodne pytanie: ile jesteśmy gotowi poświęcić w odpowiedzi na coś, czego jeszcze nie potrafimy jednoznacznie nazwać atakiem?
Nie trzeba uderzyć tak mocno, aby uruchomić artykuł 5. Można uderzyć tak, żeby rozpocząć wielodniową dyskusję, czy w ogóle należy o nim wspominać. Nie trzeba przecinać wszystkich kabli – wystarczy sprawić, żeby ktoś zaczął liczyć, ile kabli trzeba od jutra pilnować. Nie trzeba zniszczyć terminalu, jeżeli sam lęk przed możliwością jego uszkodzenia angażuje dodatkowe radary, patrole, ochronę i polityczną uwagę.
Tego rodzaju presja ma dla agresora szczególną właściwość: przeciwnik płaci również wtedy, kiedy ataku nie ma. Alarm angażuje radar, podejrzany bezzałogowiec uruchamia procedury, ostrzeżenie wywiadu wymusza ochronę, a każdy nowy potencjalny cel domaga się obrony. Celów zawsze jest więcej niż systemów, które można przed nimi postawić.
Nie twierdzę, że obserwujemy jeden zaplanowany projekt doprowadzenia Zachodu do takiego stanu. Byłoby to łatwe do napisania i znacznie trudniejsze do udowodnienia. Bardziej interesuje mnie możliwość mniej widowiskowa: różni przeciwnicy, partnerzy i oportuniści stopniowo odkrywają tę samą właściwość systemu. Kiedy raz się ją zauważy, nie potrzeba tajnego porozumienia, żeby z niej korzystać.
Rosja może dostrzec, że amerykańskie zasoby absorbuje Bliski Wschód. Korea Północna może wykorzystać rosyjskie zapotrzebowanie na ludzi i produkcję. Iran może podnosić cenę bezpieczeństwa energetycznego regionu. Chiny mogą obserwować, ile zobowiązań jednocześnie potrafią obsłużyć Stany Zjednoczone i ich sojusznicy – nawet wtedy, gdy same próbują powstrzymywać niektóre działania Teheranu lub Huti.
Nie muszą siedzieć przy jednym stole. Wystarczy, że widzą ten sam stół i zauważają, ile już na nim leży.
Tamte społeczeństwa późnej epoki brązu również nie były głupie. Miały administrację, armie, dyplomację, spichlerze i zdolność reagowania. Przetrwały wcześniej wojny, susze, konflikty i zmiany władców. Jeżeli w ich upadku rzeczywiście istotną rolę odegrało przeciążenie systemowe, problemem nie było pojawienie się czegoś całkowicie nowego. Problemem mogło być nagromadzenie rzeczy dobrze znanych.
Odporność systemu mierzymy zwykle pytaniem: czy przetrwa tę katastrofę?
Być może częściej należałoby pytać, ile różnych katastrof potrafi obsłużyć jednocześnie, zanim rozwiązanie jednej zacznie pogarszać sytuację w drugiej. Jeżeli przenosimy obronę przeciwlotniczą na wschód, czego bronimy mniej gdzie indziej? Jeżeli gwałtownie zwiększamy produkcję uzbrojenia, skąd bierzemy energię, specjalistów i surowce? Jeżeli wzmacniamy obecność wojskową w Europie, jak wpływa to na zasoby dostępne na Pacyfiku? Jeżeli ograniczamy handel z przeciwnikiem, ile własnych przedsiębiorstw odkrywa wtedy, że ten sam przeciwnik był również dostawcą?
W tym sensie późna epoka brązu nie jest przepowiednią. Jest ćwiczeniem z myślenia o złożoności.
Cywilizacje giną od własnej formy nie dlatego, że forma jest zła. Przeciwnie – zazwyczaj jest wystarczająco dobra, by przez długi czas dawać im ogromną przewagę. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zmieniają się warunki, a forma nadal optymalizuje świat, którego już nie ma. System stworzony dla handlu zaczyna funkcjonować w świecie blokad. System zbudowany dla efektywności trafia do świata, który ponownie potrzebuje magazynów, zapasowych fabryk i nadmiarowych zdolności. System odstraszania spotyka przeciwników, którzy specjalizują się w poruszaniu tuż poniżej progu, przy którym odstraszanie miało się włączyć.
Taki system nie musi runąć.
Może po prostu stawać się coraz droższy.
Najpierw potrzebuje więcej pieniędzy. Potem więcej żołnierzy, fabryk, magazynów, patroli, radarów i procedur. Następnie odkrywa, że chronić trzeba nie tylko granice, lecz także kable, satelity, rafinerie, porty, farmy wiatrowe, sieci telekomunikacyjne, centra danych, elektrownie i wodociągi. W końcu zaczyna przypominać właściciela ogromnego domu, który każdej nocy obchodzi wszystkie pomieszczenia i sprawdza zamki. Jego problemem nie jest już tylko włamywacz. Jest nim liczba drzwi.
Być może dlatego źle stawiamy pytanie o przyszłość Zachodu. Nie chodzi przede wszystkim o to, czy Rosja, Chiny, Iran i Korea Północna potrafią wspólnie go pokonać. Mogą nigdy nie spróbować. Być może nie potrafiłyby nawet wspólnie uzgodnić, co właściwie miałoby znaczyć słowo „pokonać”.
Pytanie brzmi inaczej: czy Zachód potrafi funkcjonować w świecie, w którym kilku różnych aktorów naciska na różne miejsca tego samego systemu, a każdy z nich może korzystać z faktu, że odpowiedź na cudzy kryzys ogranicza choć trochę swobodę odpowiedzi na jego własny?
Nie wiem, czy istnieje dziś odpowiedź, którą można wypowiedzieć z pewnością. Wiem natomiast, że samo liczenie kolejnych incydentów niewiele nam powie, jeżeli nie potrafimy odróżnić trzydziestu dziewięciu śladów jednej decyzji od trzech decyzji podjętych niezależnie w trzech różnych miejscach świata.
W pierwszej odsłonie pisałem o cywilizacji, która jeszcze stoi, lecz coraz częściej mówi donośnym głosem, aby nie usłyszeć drżenia własnego oddechu. Dziś dopisałbym do tego obrazu coś bardziej niepokojącego. Problem zaczyna się naprawdę wtedy, gdy rytmu tego oddechu zaczynają słuchać również inni – i odkrywają, że wcale nie muszą uzgadniać, gdzie przyłożyć palec.
Wystarczy, że każdy naciska w innym miejscu.
Resztę może wykonać sama forma.
