Jak Odyseusz stał się Ulissesem. O bohaterze, którego kultura potrzebuje, używa i wypiera

Odyseusz ma tę irytującą właściwość, że nie daje się zamknąć w tekście.

Kiedy już wydaje się, że został przywiązany do jednego masztu i jednej interpretacji, znika. Zostawia linę, kilka śladów na pokładzie i wraca pod innym imieniem. Raz jest żołnierzem, który odnalazł Itakę, ale nie potrafił wrócić z wojny. Innym razem człowiekiem rozsądnym na tyle, by zawczasu unieważnić własne przyszłe rozkazy. Był Nikim w jaskini Polifema, żebrakiem we własnym pałacu, Kreteńczykiem w opowieściach wymyślanych z taką dokładnością, jakby prawda była jedynie pierwszą, niezbyt udaną wersją wydarzeń.

ilustracja do eseju Jak Odyseusz został Ulisessem

Współczesność chętnie rozpoznaje w nim własnego awatara: człowieka, który tworzy kolejne wersje siebie, dopasowuje twarz do ekranu, odbiorcy i chwili, a potem zaczyna podejrzewać, że pod nimi może już nie być żadnej twarzy pierwotnej. Odyseusz okazał się zadziwiająco dobrze przygotowany do życia w świecie profili, loginów, wizerunków i starannie zarządzanej autentyczności. Homer dał mu wiele imion. My dodaliśmy hasła dostępu.

Mogłoby się wydawać, że dopiero kino, internet i kultura awatarów nauczyły się brać dawnego bohatera, zachowywać jego rozpoznawalny zarys i wypełniać go własnym lękiem, własną modą oraz własnym wyobrażeniem inteligencji. Ten odruch jest jednak starszy niż nasze ekrany. Rzymianie zrobili to znacznie wcześniej: zanim Odyseusz stał się figurą płynnej tożsamości, Rzym zrobił z niego problem politycznej pamięci.

Odyseusz wszedł do ich świata jako Ulisses. Zmiana nie ograniczała się do brzmienia imienia. Imiona rzadko zachowują niewinność, kiedy przekraczają granice języków, państw i cudzych pamięci. Grecki zwycięzca przybył do kultury, która postanowiła wywieść swój początek od pokonanych Trojan. Człowiek, którego pomysł otworzył bramy miasta, stanął przed potomkami tych, których przechytrzył.

Było to spotkanie niezręczne.

Rzymska opowieść o własnych początkach potrzebowała Troi, ponieważ wielkie państwa szczególnie chętnie pochodzą od ofiar. Krzywda dobrze wygląda na początku genealogii. Nadaje późniejszej potędze ton dziejowej rekompensaty. Pozwala wierzyć, że każde zdobyte miasto jest w pewnym sensie odpowiedzią na miasto utracone, a przemoc, jeśli ciągnie za sobą dostatecznie długi rodowód cierpienia, zaczyna przypominać sprawiedliwość z odroczonym terminem wykonania.

Dlatego przodkiem Rzymu został Eneasz.

Wynosił z płonącej Troi ojca. Prowadził syna, niósł bogów i resztki świata, który za chwilę miał przestać istnieć. Jest to obraz niemal zbyt doskonały: człowiek pomiędzy przeszłością a przyszłością, z pamięcią na plecach i dzieckiem u boku. Nadaje się na posąg, monetę, fresk, podręcznik i uroczystą mowę wygłaszaną przez kogoś, kto nigdy nie musiał wynosić ojca z płonącego domu.

Eneasz ocalał z zagłady.

Ulisses ją uruchomił.

Siedział wewnątrz drewnianego konia razem z ludźmi, którzy mieli nocą wyjść na ulice Troi. Nie niósł ojca. Niósł pomysł. Wiedział, że człowiek zmęczony wojną zaczyna widzieć znaki pokoju także tam, gdzie ktoś bardzo starannie ukrył żołnierzy. Wiedział, że najlepsza pułapka nie przypomina pułapki. Powinna wyglądać jak dar, cud, potwierdzenie, że najgorsze już minęło.

Trojanie sami przeciągnęli konia przez bramę. Grecy nie przełamali murów siłą. Sprawili, że ludzie stojący za nimi na krótką chwilę zapragnęli uczestniczyć w cudzym planie. Ulisses nie zdobył Troi samą przebiegłością. Zdobył ją dzięki trafnemu rozpoznaniu cudzej nadziei.

Taka inteligencja budzi podziw, dopóki patrzymy na nią od strony zwycięzców. Od środka płonącego miasta wygląda trochę inaczej.

Wergiliusz długo każe nam patrzeć właśnie stamtąd. Jego Ulisses nie wraca jeszcze do Penelopy, nie opowiada o Kalipso i nie przywiązuje się do masztu. Krąży w pamięci Eneasza jako człowiek nocny, podejrzany, związany z drewnianym brzuchem machiny, fałszywymi znakami i zagładą miasta. Grecki bohater wchodzi do rzymskiego eposu od strony pożaru.

Powinien więc pozostać wrogiem. Rzymska wyobraźnia polityczna miała przecież Eneasza, człowieka obowiązku, pamięci i przeznaczenia. Po co był jej jeszcze ten drugi – zmienny, gadatliwy, zawsze gotowy wymyślić nową drogę, zwłaszcza gdy droga prosta prowadziła donikąd?

Odpowiedź może być dla Rzymu nieco krępująca.

Eneasz nadawał się na przodka. Ulisses nadawał się do budowania imperium. Pierwszy dawał Rzymowi obraz niewinnego początku, drugi – zestaw narzędzi, bez których niewinność rzadko wygrywa z historią.

Sama pobożność nie otwiera bram obcych miast. Wierność bogom bywa pomocna, ale podczas negocjacji dobrze jest jeszcze wiedzieć, czego pragnie druga strona, czego się boi i w jakie kłamstwo uwierzy, ponieważ przypomina jej własną nadzieję. Odwaga legionów miała znaczenie. Znaczenie miały również informacja, dyplomacja, przekupstwo, rozpoznanie, dzielenie przeciwników i szczególna umiejętność przedstawiania własnego interesu jako porządku, którego domaga się świat.

Rzymska opowieść wynosiła Eneasza na piedestał, lecz praktyka władzy często wyglądała tak, jakby Ulisses pracował w sąsiednim pokoju. Oficjalna cnota potrzebowała nieoficjalnej skuteczności.

Nie wpuszczano go głównym wejściem. Ludzie o jego zdolnościach rzadko wchodzą głównym wejściem, szczególnie kiedy na schodach stoją już posągi ludzi o czystszych życiorysach. Ulisses był potrzebny tam, gdzie kamienna twarz przodka nie wystarczała: podczas wojny, sporu, przemowy, politycznej rozgrywki i wszędzie tam, gdzie należało zwyciężyć, zachowując później możliwość wygłoszenia mowy o zasadach.

Może właśnie wtedy narodził się jego najtrwalszy awatar.

Na placu stoi Eneasz. Niesie ojca, prowadzi syna, ocala bogów i wszystko, co dobrze wygląda w opowieści o początkach. Pod pomnikiem składa się wieńce, dzieci uczą się o obowiązku, wierności i pamięci, a Troja w rocznicowych przemówieniach płonie już w sposób uporządkowany: ogień podświetla właściwe sylwetki, klęska posiada sens, a cierpienie wie, dokąd prowadzi.

Kilka ulic dalej Ulisses pochyla się nad planem. Nie ma pomnika. Pomniki przeszkadzają w pracy, zwłaszcza gdy trzeba działać szybko i bez świadków. Ma mapę, informacje, cudze słabości oraz ten szczególny rodzaj wyobraźni, który nie pyta najpierw, co wolno zrobić, lecz co można osiągnąć. Ktoś przynosi mu wiadomość o przeciwniku. Ktoś inny pyta, jak przekonać ludzi, że decyzja już podjęta była od początku ich własnym pragnieniem.

Ulisses zaczyna od tego, w co chcą uwierzyć.

To była jego największa sztuka: nie wymusić na człowieku decyzji, lecz urządzić świat tak, aby człowiek podjął ją z poczuciem rozsądku, wolności, a czasem nawet moralnej przewagi.

Każda kultura ma swojego Eneasza, któremu powierza pamięć o własnej niewinności, i swojego Ulissesa, któremu zleca zwycięstwo. Kiedy zwycięstwo zostaje osiągnięte, pierwszy otrzymuje pomnik, drugi odpowiedzialność.

Nie oznacza to jednak, że Eneasz jest czystym dobrem, a Ulisses uosobieniem winy. Eneasz nie pozostaje na zawsze bezbronnym uchodźcą. Sam staje się uczestnikiem wojny, założycielem nowego porządku i bohaterem przemocy usprawiedliwionej przez przeznaczenie. Ulisses z kolei nie jest wyłącznie specjalistą od brudnej pracy. Wraca do domu, pragnie ocalić własny świat, potrafi dochować wierności celowi i ponosi konsekwencje swoich zwycięstw. Granica między nimi nie przebiega pomiędzy dobrem a złem. Przebiega przez tych samych ludzi, instytucje i narody.

Eneasz i Ulisses są nie tyle dwiema naturami, ile dwiema rolami w tej samej opowieści. Wspólnota może rano przemawiać językiem pierwszego, po południu wykonywać plan drugiego, a wieczorem zapewniać, że oba wydarzenia nie mają ze sobą żadnego związku.

Państwa opowiadają o sobie jako o obrońcach, nawet gdy przekraczają cudzą granicę. Imperia niosą porządek, prawo, postęp, cywilizację albo jedyną prawdziwą wiarę. Rzadko mówią, że przyszły po ziemię, władzę, porty, podatki i miejsce dla własnego pomnika. Człowiek wyruszający po cudzą własność potrzebuje Eneasza, aby móc myśleć o sobie jak o kimś, kto coś ocala.

Ulisses jest potrzebny wcześniej. Obliczy drogę, rozpozna słabe miejsce, poróżni przeciwników, znajdzie człowieka gotowego otworzyć bramę i podsunie mu powód, dla którego otwarcie jej wyda się czynem patriotycznym. Potrafi posłużyć się strachem, lecz woli nadzieję. Strach każe ludziom zamykać drzwi. Nadzieja sprawia, że otwierają je sami.

Później zaczyna się praca Eneasza. Trzeba ocalić pamięć o tym, że działaliśmy z konieczności. Że nie mieliśmy wyboru. Że przeciwnik przygotowywał coś gorszego. Że przyszłość naszych dzieci, bezpieczeństwo naszych domów i groby naszych ojców wymagały decyzji, która z zewnątrz mogła wyglądać nieco inaczej. Wtedy szczególnie przydaje się stary człowiek niesiony na plecach. Nawet brutalny zwycięzca łagodnieje na obrazie, gdy niesie czyjąś przeszłość.

Kultury chętnie zaczynają swoje biografie od krzywdy. Jest ona kapitałem odpornym na inflację: można dziedziczyć ją przez stulecia, dopisywać do niej odsetki i przedstawiać jako uzasadnienie działań, których dawni skrzywdzeni nie potrafiliby sobie wyobrazić. Daje wspólnocie poczucie, że jej siła nie jest zwykłą siłą. Jest wyrównaniem rachunku.

Eneasz przechowuje ten rachunek, Ulisses pilnuje, aby płacili go inni.

Żaden z nich nie wystarczyłby wspólnocie sam. Eneasz bez Ulissesa pozostałby wzruszającym uchodźcą, który wyniósł z katastrofy pamięć, ale nie zbudował imperium. Ulisses bez Eneasza byłby człowiekiem od skutecznych planów, którego po wszystkim należałoby trzymać z dala od dzieci, archiwów i uroczystości państwowych.

Razem tworzą mechanizm niemal doskonały. Jeden otwiera miasto. Drugi wyjaśnia, dlaczego miasto od dawna czekało, żeby zostać otwarte.

Najbardziej interesujący moment przychodzi po zwycięstwie. Wtedy Ulisses staje się kłopotliwy. Zbyt wiele wie. Pamięta, kto sporządził plan, kto zapłacił zdrajcy, kto pierwszy zaproponował kłamstwo i jak bardzo pierwotna motywacja różniła się od późniejszej, uroczystej wersji wydarzeń. Dopóki trwała wojna, nazywano go niezbędnym. Po wojnie może zostać cynikiem, wichrzycielem, człowiekiem pozbawionym zasad albo wykonawcą, który przekroczył instrukcje.

Udane operacje mają wielu Eneaszów.

Nieudane bardzo szybko znajdują jednego Ulissesa.

Kiedy koń spełni zadanie, można powiedzieć, że jego konstruktor działał sam. Że nikt nie znał wszystkich szczegółów. Że intencje były słuszne, lecz zastosowane metody budzą zastrzeżenia. Wspólnota przywraca wtedy moralną równowagę: potępia człowieka, którego pomysłu potrzebowała, i zachowuje skutki pomysłu.

Ulisses odchodzi, zdobyte miasto pozostaje.

Tak działa również pamięć. Znajduje miejsce dla cierpienia własnych przodków, lecz cudze cierpienie przesuwa na margines, zwykle bez nazwisk i szczegółów. Własne ofiary mają twarze, historie rodzinne i ostatnie listy. Ofiary naszych zwycięstw występują jako liczby, przeszkody, zwolennicy dawnego porządku albo ludzie, których tragedii nie dało się uniknąć. W obrazie Eneasza ojciec ma twarz. Zmarli pozostawieni przez Ulissesa są zwykle anonimowi.

Nie każda wspólnota świadomie fałszuje swoją historię. Pamięć rzadko przypomina fałszerza pochylonego nocą nad dokumentem. Jest raczej podobna do starego człowieka porządkującego rodzinny album. Jedne fotografie zachowuje, bo przypominają o miłości i odwadze. Inne wkłada do koperty. Jeszcze inne podpisuje po latach niewłaściwym imieniem. Nie musi kłamać. Wystarczy, że wie, na których zdjęciach rodzina wygląda najlepiej.

Ulisses najczęściej pozostaje poza kadrem. Czasem widać kawałek jego ręki.

Współczesne wspólnoty udoskonaliły ten podział, choć używają innych nazw. Na podium stoi człowiek mówiący o wartościach. W pomieszczeniu za sceną ktoś obserwuje reakcje publiczności i zaznacza słowa, które należy powtórzyć, ponieważ wywołały właściwy lęk. Mówca zapewnia, że przemawia prosto z serca. Ulisses poprawił mu wcześniej trzecie zdanie, usunął czwarte i doradził, aby przy słowie „rodzina” spojrzał nieco w lewo.

Nie ma w tym jeszcze zbrodni. Człowiek przygotowuje przemowy od czasu, gdy odkrył, że spontaniczność najpewniej wypada po kilku próbach. Problem zaczyna się w chwili, gdy wspólnota przestaje rozpoznawać własnego Ulissesa i widzi go wyłącznie u przeciwnika.

Nasza strona informuje. Ich strona prowadzi propagandę.

Nasi przewidują. Oni spiskują.

My bronimy interesów. Oni kierują się cynizmem.

Każda wspólnota z łatwością rozpoznaje konia stojącego przed cudzą bramą. Znacznie gorzej radzi sobie z końmi budowanymi we własnych warsztatach. Tam drewno zawsze pochodzi z odpowiedzialnych źródeł, konstrukcja służy bezpieczeństwu, a ludzie ukryci w środku realizują wyłącznie zadania obronne.

Ulisses nie musi nawet zmieniać ubrania. Wystarczy zmienić podpis pod fotografią.

Nie jest jednak wyłącznie kozłem ofiarnym. Często naprawdę ponosi winę. Buduje konia, podsuwa podstęp, używa ludzi i potrafi mówić o konieczności z przekonaniem człowieka, który sam ustalał jej warunki.

Kłopot polega na tym, że jego wina nie jest wyłącznie jego.

Koń wymaga drewna, cieśli, żołnierzy, dowództwa, czasu i całej armii gotowej wykorzystać otwartą bramę. Potem jednak łatwiej zapamiętać jednego przebiegłego konstruktora niż tysiące ludzi, którzy uznali jego pomysł za doskonały. Jedna twarz porządkuje odpowiedzialność. Wspólnota może wskazać palcem i powiedzieć: oto ten, który wymyślił podstęp.

Sama pozostaje potomkiem Eneasza.

Być może właśnie dlatego rozdzielenie obu bohaterów jest tak trwałe. Pozwala dokonywać rzeczy skomplikowanych, nie tracąc prostego obrazu samego siebie. Zachować skuteczność i niewinność, choć zwykle nie w tym samym pomieszczeniu. W razie potrzeby można przejść z jednego do drugiego, zmienić ton głosu i przez chwilę udawać, że drzwi między nimi nigdy nie istniały.

Na placu wciąż stoi Eneasz. Marmur dobrze znosi upływ czasu. Ojciec pozostaje na plecach, syn przy nodze, bogowie są bezpieczni. Za pomnikiem Ulisses patrzy na niego z czymś, co mogłoby być ironią albo zazdrością.

Być może uważa, że należy mu się część chwały.

Być może wie, że pomnik także jest rodzajem konia. Wewnątrz szlachetnej opowieści można przecież ukryć całkiem wiele: dawne winy, cudze głosy, koszty zwycięstwa i wszystkie pytania, których nie wypada zadawać podczas składania wieńców.

Następne pokolenia uczą się, że Eneasz ocalił pamięć, ponieważ był człowiekiem obowiązku, a Ulisses zniszczył Troję podstępem. Jednego należy podziwiać, wobec drugiego zachować ostrożność.

Nikt nie mówi im, że obaj od dawna pracują dla tej samej opowieści.

Eneasz pilnuje, aby kultura pamiętała, że była niewinna.

Ulisses dba, aby mimo to zwyciężyła.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej