Po niemal trzech tysiącach lat Odyseusz znowu wrócił. Tym razem nie do Itaki, lecz na ekrany kin. Wrócił z twarzą hollywoodzkiego aktora, budżetem większym niż skarbiec niejednego królestwa i obietnicą, że najstarsza opowieść o powrocie ponownie opowie nam coś o nas samych. Pozostaje pytanie, który Odyseusz wrócił. Ten, którego pozostawił nam Homer, czy ten, którego współczesność potrafi jeszcze zaakceptować?
Filmu jeszcze nie widziałem. Przyznaję to od razu, zanim ktoś zechce sprawdzić, czy znam wszystkie sceny, kostiumy i efekty specjalne. Odyseusz jednak od pewnego czasu wyskakuje z każdej lodówki. Zagląda z ekranów, plakatów, zwiastunów i rozmów ludzi, którzy jeszcze niedawno nie byli pewni, czy Itaka jest wyspą, poetką czy odmianą sera feta. Trudno się przed nim ukryć.

A ponieważ od pewnego czasu sam przyglądam się temu człowiekowi uważniej, niż wypada przyglądać się komuś, kto od blisko trzech tysięcy lat uchodzi za zmarłego, pozwolę sobie dopowiedzieć o nim jeszcze kilka słów, zanim zobaczę, co zrobił z nim współczesny reżyser.
Nie będę oceniał filmu, którego nie widziałem. Przyjrzę się bohaterowi, którego kino wydobyło z antycznej biblioteki i ponownie postawiło w świetle reflektorów. Odyseusz, zanim stał się widowiskiem, był przecież jednym z najbardziej niepokojących wynalazków europejskiej literatury: człowiekiem, który przeżywał dzięki temu, że w każdej chwili potrafił zostać kimś innym.
Odyseusz Homera sam kreuje się na bohatera. Współcześni tworzą jego awatara.
W pierwszym przypadku człowiek przejmuje władzę nad własną opowieścią. W drugim epoka wybiera mu twarz, z którą wolno mu powrócić.
Znaczną część historii swojej tułaczki Odyseusz opowiada sam. Staje przed Feakami i przedstawia im człowieka, który przeżył tam, gdzie inni zginęli. Człowieka rozumnego pośród szaleństwa, cierpliwego pośród pokus, zdolnego przechytrzyć potwory, boginie i ludzi. Opowiada o cyklopie, Kirke, syrenach, zejściu do krainy umarłych. Dobiera sceny, rozkłada akcenty, wskazuje cudze winy i własne zasługi.
Nie jest biernym przedmiotem pieśni. Staje się jej wewnętrznym reżyserem.
Jego opowieść jest zarazem wyznaniem, występem i negocjacją. Odyseusz mówi przed publicznością, od której potrzebuje gościny, uznania i pomocy w powrocie. Może opowiadać prawdę, lecz prawda przechodząca przez usta tak wytrawnego mówcy nigdy nie pozostaje zupełnie bezbronna. Zostaje ułożona, oświetlona z odpowiedniej strony i wyposażona w bohatera, którego warto odesłać do domu.
Towarzysze Odyseusza nie pozostawili własnych wspomnień. Ich głosy zniknęły wraz z okrętami. Nie dowiemy się, jak oceniali decyzje dowódcy ani czy każdą katastrofę zapamiętaliby w taki sam sposób. Historia podróży dociera do nas przede wszystkim przez jedynego człowieka, który ocalał i potrafił opowiadać.
Odyseusz stracił załogę, ale zachował narrację.
Dla pierwszych słuchaczy poematu nie musiało to oznaczać podejrzanej manipulacji. Bohater miał przeżyć, odzyskać dom, przywrócić naruszony porządek i ocalić imię przed zapomnieniem. Liczyły się odwaga, rozum, umiejętność mówienia, zdolność rozpoznawania podstępu i odpowiadania podstępem. Człowiek pozbawiony sprytu nie był bardziej moralny. Zazwyczaj był po prostu martwy.
Nie znaczy to, że świat Homera przyjmował wszystkie czyny Odyseusza bez zastrzeżeń. Istniała miara, której przekroczenie sprowadzało karę. Obowiązywała gościnność, lojalność wobec towarzyszy, szacunek dla bogów i świadomość własnego miejsca. Inteligencja mogła ocalać, lecz mogła też przechodzić w pychę. Najlepiej widać to w jaskini Polifema.
Aby uratować siebie i pozostałych, Odyseusz rezygnuje z imienia. Przedstawia się jako Nikt. Dzięki temu, gdy oślepiony cyklop woła o pomoc, jego sąsiedzi słyszą, że krzywdzi go Nikt, i odchodzą. Fortel działa doskonale. Bohater wydostaje się z jaskini, dociera do okrętu, odpływa.
Mógłby na tym poprzestać.
Nie potrafi.
Z bezpiecznej odległości wyjawia Polifemowi, kto naprawdę go pokonał. Pragnie, aby zwycięstwo miało autora. Przetrwanie ocaliło ciało, lecz dopiero imię może ocalić sławę. Odyseusz był Nikim wystarczająco długo, aby uniknąć śmierci, ale zbyt krótko, aby znieść anonimowość.
Wtedy cyklop zwraca się do Posejdona, a błyskotliwe zwycięstwo zaczyna przynosić skutki, które poniosą także inni. Człowiek, który uratował załogę dzięki ukryciu nazwiska, naraża ją ponownie, ponieważ nie chce pozostawić czynu bez podpisu.
W tym epizodzie mieści się niemal cały Odyseusz. Potrzebuje maski i rozpoznania, anonimowości i sławy. Chce zniknąć, gdy niewidzialność daje przewagę, a chwilę później stanąć na skale i ogłosić światu, kto zwyciężył. Nikt nie jest dla niego zaprzeczeniem tożsamości. Jest jedną z jej najbardziej użytecznych odmian.
Na Itace metoda okazuje się podobna. Odyseusz wraca do własnego królestwa, lecz nie wchodzi do domu jako król, mąż i ojciec. Przybywa jako żebrak. Przebranie ma oczywiście znaczenie praktyczne. Pałac zajęli zalotnicy, majątek jest trwoniony, a sytuacja wymaga ostrożności. Odyseusz musi rozpoznać siły, znaleźć sprzymierzeńców i przygotować zemstę.
Szybko jednak okazuje się, że ukrycie daje mu coś więcej niż bezpieczeństwo. Pozwala patrzeć na ludzi, którzy nie wiedzą, że są obserwowani przez człowieka stanowiącego przedmiot ich wierności, tęsknoty albo zdrady.
Eumajos nie wie, że gości swego pana. Telemach przez pewien czas nie rozpoznaje ojca. Penelopa rozmawia z obcym, który posiada wiadomości o jej mężu. Stary Laertes również zostaje poddany próbie, choć trudno uwierzyć, że mógłby jeszcze zagrozić triumfującemu synowi.
Odyseusz zna prawdę. Pozostali dostają ją w porcjach.
To on wybiera moment rozpoznania, ustala warunki i obserwuje reakcje. Powrót zamienia w przedstawienie, którego uczestnicy nie wiedzą, że zostali obsadzeni. Być może nadal chodzi o ostrożność. Być może człowiek, który przez dwadzieścia lat żył pośród zasadzek, bogów, potworów i zdrad, nie potrafi już wejść do pokoju bez wcześniejszego sprawdzenia wszystkich wyjść.
A może przyczyna jest bardziej niepokojąca. Odyseusz tak długo przeżywał dzięki przewadze informacyjnej, że nie umie z niej zrezygnować nawet wobec bliskich. Prawda wypowiedziana zbyt wcześnie odebrałaby mu kontrolę nad sceną.
Współczesny odbiorca chciałby zajrzeć pod te maski. Pyta, kim Odyseusz jest naprawdę, kiedy przestaje grać żebraka, rozbitka, wojownika, kochanka, króla i narratora. Zakładamy, że pod kolejnymi rolami powinna istnieć jedna twarz, autentyczna i niezmienna, którą wystarczy odsłonić.
Homer nie daje nam takiej pewności.
Możliwe, że prawdziwym Odyseuszem nie jest człowiek ukryty pod przebraniami. Jest nim właśnie zdolność przechodzenia od jednej roli do drugiej. Jego tożsamość nie przypomina nieruchomego posągu. Bardziej przypomina narzędzie, które zmienia kształt zależnie od zadania. Każda twarz jest prawdziwa tak długo, jak długo pozwala przeżyć, przekonać rozmówcę albo odzyskać przewagę.
Dla dawnych słuchaczy ta zmienność mogła świadczyć o niezwykłej inteligencji. Żyli w świecie, w którym obcy mógł być bogiem w przebraniu, gościnność mogła ocalić życie, a źle odczytany zamiar uruchamiał zemstę trwającą pokolenia. Otwarte przedstawianie siebie nie zawsze było cnotą. Czasami przypominało zostawienie odbezpieczonej broni na stole.
My patrzymy inaczej. Sami żyjemy pośród profili, pseudonimów, starannie dobranych zdjęć i wersji własnej osoby przygotowanych dla różnych publiczności. Mimo to obsesyjnie domagamy się autentyczności. Podejrzewamy, że człowiek o zbyt wielu twarzach nie ma żadnej.
Dlatego tworzymy awatara Odyseusza odpowiadającego naszym pytaniom.
Interesuje nas, co wojna zrobiła z tym człowiekiem. Chcemy wiedzieć, czy cierpi z powodu tego, co widział i czego sam się dopuścił. Czy jego kłamstwa są wyłącznie strategią, czy stały się również mechanizmem obronnym. Czy wrócił emocjonalnie, czy dopłynęło jedynie jego ciało. Czy czuje odpowiedzialność za ludzi, którzy wyruszyli z nim spod Troi, lecz nigdy nie zobaczyli Itaki. Czy Penelopa odzyskuje męża, czy przyjmuje do domu obcego człowieka z jego blizną i imieniem.
Pytania te nie są bezzasadne. Nauczyliśmy się widzieć, że wojna nie kończy się wraz z podpisaniem pokoju. Człowiek może wrócić, a przez następne lata nadal mieszkać pośród ruin. Zwycięzca może być okaleczony, sprawca może nosić w sobie pamięć własnych czynów, a odzyskany dom nie zawsze staje się miejscem, w którym da się ponownie zamieszkać.
Jest jednak w naszym zainteresowaniu traumą pewna wygoda.
Okrucieństwo opatrzone raną staje się łatwiejsze do przyjęcia. Kłamstwo wyposażone w diagnozę przestaje być wyłącznie manipulacją. Człowiek odpowiedzialny za cudzą śmierć może pojawić się także jako ofiara własnej pamięci. Nadal pozwalamy mu zabijać, oszukiwać i poświęcać innych, oczekujemy jednak, że opowieść pokaże rachunek wystawiony jego psychice.
Być może to dowód większej wrażliwości. Możliwe również, że znaleźliśmy współczesny język rozgrzeszenia.
Dawniej wystarczały honor, los, wola bogów i prawo króla do odzyskania domu. My potrzebujemy traumy, poczucia winy i kryzysu tożsamości. Nie wiadomo, czy osądzamy Odyseusza surowiej niż jego pierwsi słuchacze. Być może jedynie inaczej uzasadniamy to, że nadal chcemy go podziwiać.
Awatar nie musi być fałszywy. Jest wersją postaci przygotowaną do poruszania się po określonym świecie. Otrzymuje cechy, które pozwalają graczowi rozpoznać w nim siebie i zaakceptować dokonywane przez niego wybory. Współczesny Odyseusz powinien więc zachować dawną odwagę, przebiegłość i zdolność przetrwania, a zarazem zostać wyposażony w psychikę, która uczyni jego czyny dla nas zrozumiałymi.
Nie wystarcza już, że zwyciężył. Powinien jeszcze cierpieć w sposób, który potrafimy nazwać.
Nie wiem, którego Odyseusza zobaczę w kinie. Być może będzie człowiekiem nieprzyjemnie bliskim Homerowemu pierwowzorowi, inteligentnym, pociągającym i moralnie trudnym do obrony. Być może otrzyma ranę tak głęboką, że każde jego kłamstwo wyda się odruchem straumatyzowanego weterana. Możliwe też, że film pozostawi sprzeczność nierozwiązaną i nie pozwoli widzowi wygodnie oddzielić ofiary od sprawcy.
Na razie ciekawsze od odpowiedzi jest samo oczekiwanie. Zanim film zdążył do nas przemówić, już przygotowujemy Odyseuszowi nową osobowość. Chcemy wiedzieć, czego się bał, czego żałował i czy nocami powracali do niego ludzie, których nie ocalił.
Może w ten sposób docieramy głębiej do człowieka ukrytego przez Homera.
A może zakładamy mu następną maskę.
Po niemal trzech tysiącach lat Odyseusz ponownie wyruszył w drogę do naszych wyobrażeń. Nie wiadomo, czy przybywa z Itaki, spod Troi, czy z panelu tworzenia postaci.
Jedno pozostaje niezmienne: zanim pozwolimy mu wrócić, musimy zdecydować, kim tym razem ma być.
