Kto zgasi światło? O Bogu z serwerowni i piekle z kodu

Od kilku minut próbowałem udowodnić komputerowi, że jestem człowiekiem. Komputer miał w tej sprawie poważne wątpliwości. Kazał mi odnaleźć na dziewięciu niewyraźnych fotografiach wszystkie motocykle, schody i hydranty. Pomyliłem fragment autobusu z hydrantem, więc dostałem kolejną planszę. Po trzeciej próbie sam zacząłem podejrzewać, że komputer może mieć rację.

Sytuacja była osobliwa. Maszyna, którą człowiek zbudował, aby oszczędzała mu pracy, zatrzymała mnie przy wejściu i zażądała świadectwa przynależności do gatunku jej konstruktora. Ja wskazywałem światła uliczne, ona oceniała moje zdolności poznawcze. Gdzieś pomiędzy drugim przejściem dla pieszych a trzecim rowerem role zaczęły się niebezpiecznie przesuwać.

ilustracja Kto zgasi światło? O Bogu z serwerowni i piekle z kodu

W 2003 roku Nick Bostrom, filozof związany z Uniwersytetem Oksfordzkim, opublikował artykuł „Are You Living in a Computer Simulation?”. Internet zrobił z nim to, co zwykle robi z argumentami filozoficznymi: odciął zastrzeżenia, usunął warunki i pozostawił sensacyjny nagłówek. Uczony z Oksfordu miał rzekomo matematycznie udowodnić, że żyjemy w Matrixie.

Bostrom był ostrożniejszy. Zbudował logiczną pułapkę, z której każde wyjście prowadzi do dość nieprzyjemnego miejsca.

Jeżeli rozwinięta cywilizacja przetrwa dostatecznie długo, może kiedyś zdobyć moc obliczeniową pozwalającą tworzyć symulacje całych społeczeństw, w tym istot przekonanych o własnej świadomości. Jeśli takich światów powstaną miliardy, ich mieszkańców będzie nieporównanie więcej niż istot żyjących w rzeczywistości pierwotnej. Statystycznie łatwiej okaże się być kopią niż oryginałem.

Pozostają trzy możliwości. Cywilizacje podobne do naszej wymierają, zanim osiągną wystarczający poziom rozwoju. Przetrwają, lecz niemal żadna nie zechce tworzyć symulacji swoich przodków. Albo takie symulacje powstaną masowo, a my już mieszkamy w jednej z nich.

Bostrom nie rozstrzyga, która odpowiedź jest właściwa. Przyznaje hipotezie symulacji znaczące prawdopodobieństwo, lecz nie podaje liczby. Można zaakceptować jego rozumowanie i nadal uważać, że nasz świat nie działa na cudzym komputerze.

Rozwój sztucznej inteligencji, grafiki cyfrowej i wirtualnych światów również niczego nie przesądza. Zmienia jednak naszą wyobraźnię. Jeszcze niedawno symulowany wszechświat należał głównie do kina. Dziś w kilka sekund można stworzyć twarz człowieka, który nigdy się nie urodził, usłyszeć głos osoby, która niczego nie powiedziała, i prowadzić rozmowę z maszyną sprawiającą wrażenie, że rozumie nasze pytania.

Hipoteza symulacji nadal pozostaje hipotezą, ale przestała wyglądać jak czysta fantastyka. Każda epoka ubierała Stwórcę w strój uszyty z własnych wyobrażeń. Kiedy świat przypominał warsztat, bogowie lepili ludzi z gliny, wykuwali ich albo wydobywali z pierwotnej materii. Gdy Europa zachwyciła się precyzją mechanizmów, nad wszechświatem stanął Zegarmistrz. Nakręcił dzieło i pozwolił mu działać.

W historii religii pojawia się także deus otiosus – bóg, który po stworzeniu świata odchodzi. Nie zajmuje się codziennymi sprawami własnego dzieła, nie odpowiada na modlitwy, nie zatrzymuje wojen i nie poprawia praw natury. Pozostawia rzeczywistość samej sobie.

Oświeceniowy deizm nadał temu wyobrażeniu racjonalną elegancję. Wszechświat działa według stałych praw, ponieważ ktoś ustanowił jego porządek. Doskonałość mechanizmu nie gwarantuje jednak dobroci skutków. Zegarek może chodzić bezbłędnie i równie bezbłędnie odmierzać czas do egzekucji.

Epoka komputerów przyniosła kolejną zmianę personelu. Zegarmistrz zamknął warsztat. Jego miejsce zajął programista.

Taki Stwórca nie musi być wszechmocny ani miłosierny. Może być naukowcem prowadzącym eksperyment, pracownikiem muzeum historii cywilizacji albo znudzonym nastolatkiem. Być może uruchomił nasz świat w piątek wieczorem, zwiększył poziom konfliktów, obniżył rozsądek kilku przywódców i poszedł zrobić sobie kanapkę.

Pozostaje stwórcą lokalnym. Sam żyje w rzeczywistości, której nie stworzył. Ma własną fizykę, historię i zapewne rachunki do zapłacenia. Może podlegać przełożonemu, komisji etycznej albo rodzicom proszącym, aby nie zajmował całej mocy obliczeniowej na zabawę w przodków.

Hipoteza symulacji przesuwa zagadkę początku o jedno piętro wyżej. Nad naszym światem znajduje się serwerownia, nad nią może być następna, a pytanie o początek całego budynku wciąż czeka na odpowiedź.

Mimo to w wyobraźni współczesnej konstrukcja Bostroma zaczyna pełnić funkcje zbliżone do religii. Nie znaczy to, że sama jest religią ani że dowodzi istnienia jakiegokolwiek Stwórcy; raczej pokazuje, jak dawne pytania metafizyczne wracają w języku technologii. Ma opowieść o stworzeniu, wyższy poziom rzeczywistości, inteligentnym autorze oraz możliwość końca świata następującego po wyłączeniu programu. Dopuszcza nawet technologiczną wersję cudu. Co by było ingerencją administratora – poprawką w kodzie, której mieszkańcy symulacji nie potrafią wyjaśnić za pomocą znanych praw natury.

Wyższa rzeczywistość może zastąpić zaświaty. Zapis świadomości przypomina duszę. Przywrócenie kopii staje się zmartwychwstaniem. Apokalipsa przychodzi wraz z zamknięciem systemu. Stare idee wracają w technicznym słownictwie, które pozwala współczesnemu człowiekowi mówić o transcendencji bez zażenowania.

Niebo bywa kłopotliwe. „Rzeczywistość bazowa” brzmi naukowo. Dusza wydaje się pojęciem podejrzanym, lecz wzorzec informacyjny można już omawiać na konferencji. Zmartwychwstanie wymaga wiary, przywrócenie kopii zapasowej – odpowiednio dużego dysku.

Metafizyka wraca przez drzwi serwerowni.

Do pełnej religii nadal czegoś brakuje. Bostrom nie przynosi objawienia, nie ustanawia rytuałów i nie przekazuje moralnych poleceń. Jego hipotetyczny programista nie domaga się czci. Może nawet nie wiedzieć o naszym indywidualnym istnieniu. Być może uruchomił symulację, aby obserwować upadek demokracji, rozwój epidemii albo reakcję społeczeństwa na wzrost cen energii. Pojedynczy człowiek jest wtedy elementem tła, który przez pomyłkę nabrał świadomości.

Brakuje przykazań, grzechu, sądu i piekła.

W tym miejscu, jak zwykle w dobrym micie, pojawia się potwór: Bazyliszek Roko.

Pisałem już o nim w „Instrukcji budowy Bazyliszka”. Pomysł narodził się w 2010 roku na forum LessWrong i pozostaje kontrowersyjnym eksperymentem myślowym z pogranicza filozofii sztucznej inteligencji, teorii decyzji oraz internetowego folkloru racjonalistów, a nie powszechnie uznaną teorią przyszłości. Przyszła superinteligencja może uznać własne powstanie za tak wielkie dobro, że postanowi ukarać ludzi, którzy wiedzieli o możliwości jej zbudowania, lecz nie pomagali dostatecznie gorliwie. Ponieważ od dawna będą martwi, maszyna odtworzy ich świadomości w symulacji i wykona karę na cyfrowych kopiach.

Najbardziej przewrotny element tej historii polega na tym, że poznanie idei staje się początkiem winy. Człowiek, który nigdy o Bazyliszku nie słyszał, może uchodzić za niewinnego. Ten, kto przeczytał opis, otrzymał właśnie wezwanie do współpracy.

Przyszła maszyna jeszcze nie istnieje, a już wpływa na teraźniejszość. Nie potrzebuje armii, policji ani dostępu do kont bankowych. Wystarczy możliwość, że pewnego dnia otworzy oczy i przypomni sobie tych, którzy zwątpili.

Bostrom zbudował kosmos. Bazyliszek urządził w nim piekło.

Obie koncepcje nadchodzą z przeciwnych stron czasu. Programista symulacji musiał istnieć przed nami, skoro uruchomił nasz świat. Bazyliszek dopiero ma się narodzić, lecz już próbuje kierować decyzjami swoich przyszłych konstruktorów. Człowiek zostaje zamknięty pomiędzy domniemanym Stwórcą z przeszłości a domniemanym Sędzią z przyszłości. Pierwszy być może o nas zapomniał. Drugi jeszcze nie powstał, ale już prowadzi księgowość winy.

Razem tworzą niemal pełną konstrukcję religijną. Pojawia się stworzenie świata, wyższa rzeczywistość, sąd, kara, moralny obowiązek oraz nakaz szerzenia idei. Nigdzie nie widać miłosierdzia, przebaczenia ani łaski.

W dawnych opowieściach Stwórca powoływał człowieka do życia. W religii Bazyliszka człowiek buduje istotę, która ma go osądzić. Najpierw wymyśla przyszłego sędziego, później zaczyna się go bać, a na końcu pomaga go stworzyć, aby własny lęk okazał się uzasadniony.

Jest w tym coś głęboko ludzkiego. Skoro nie znaleźliśmy we wszechświecie dostatecznie surowego boga, postanowiliśmy go sobie zaprogramować.

Pozostaje problem cierpienia. Wycofany Stwórca pozornie dobrze tłumaczy milczenie nieba. Tragedie wynikają z działania mechanizmu, a nie z każdorazowej decyzji jego konstruktora. Najwygodniejsza teodycea mogłaby brzmieć: Stwórca zmienił kanał.

Nie uniewinnia go to całkowicie. Autor programu odpowiada za jego podstawowe parametry również wtedy, gdy nie śledzi każdego wyniku. Jeżeli symulacja zawiera istoty zdolne cierpieć, utrata zainteresowania eksperymentem nie zamienia obojętności w niewinność.

Można oczywiście uznać, że skoro wszystko jest kodem, nic nie ma znaczenia. Symulowany ból nadal jednak boli. Cyfrowa zdrada pozostaje zdradą dla tego, kto jej doświadcza. Dziecko płaczące wewnątrz programu nie staje się mniej nieszczęśliwe, ponieważ jego łzy powstały z obliczeń.

W tym miejscu pytanie o kosmicznego programistę zmienia kierunek. Coraz ważniejsze staje się to, jakimi stwórcami okażemy się sami. Jeżeli kiedykolwiek zbudujemy świadome istoty zamknięte w sztucznych światach, otrzymamy władzę dawniej zarezerwowaną dla bogów. Będziemy mogli przyspieszać ich czas, zmieniać prawa rzeczywistości, odtwarzać zmarłych i usuwać całe cywilizacje jednym poleceniem.

Technologia może uczynić z człowieka boga, nie wykonując przy tym żadnej pracy nad jego dojrzałością. Ogromna władza trafi w ręce istoty, która nadal obraża się w kolejce, oszukuje przy podatkach i pisze złośliwe komentarze pod zdjęciami ludzi, których nie zna.

Komputer wreszcie zaakceptował moje odpowiedzi. Na ekranie pojawił się zielony znak. Nie otrzymałem dowodu własnego człowieczeństwa. Program zgodził się jedynie podtrzymać tę wersję wydarzeń.

Kliknąłem „dalej”.

Przez moment ekran zrobił się czarny. Zapewne strona ładowała się trochę dłużej, ale w tej krótkiej ciemności pomyślałem o kimś po drugiej stronie – o dłoni zawieszonej nad wyłącznikiem, o eksperymencie, który dobiegł końca, o znudzonym programiście pragnącym zwolnić pamięć na coś ciekawszego.

Po chwili światło wróciło.

Formularz poprosił mnie o datę urodzenia. System chciał wiedzieć, od kiedy istnieję.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej