Kultura bez amatorów to trup. O świecie, który płaci innym, żeby tańczyli za niego

Człowiek stoi w kolejce po kawę. Ma przed sobą czterdzieści sekund ciszy. Nie jest to dramatycznie dużo. Wystarczyłoby rozejrzeć się po twarzach, usłyszeć ekspres do kawy, zauważyć, jak światło odbija się w szybie. Ale ręka już sama szuka telefonu. Jeden krótki film. Drugi. Trzeci. Kolejka przesuwa się o pół metra. Puste miejsce w dniu zostało zasypane.

Dawniej nuda była przestrzenią. Dziś jest usterką połączenia.

Być może jesteśmy najbardziej zabawianą społecznością w historii świata. Nie najbardziej szczęśliwą, nie najbardziej wypoczętą, nie najbardziej spełnioną. Najbardziej zabawianą.

Ilustracja do eseju Kultura bez amatorów to trup. O świecie, który płaci innym, żeby tańczyli za niego

Nigdy wcześniej człowiek nie miał pod ręką tylu obrazów, głosów, melodii, filmów, seriali, podcastów, komentarzy, żartów, wykładów, relacji i cudzych emocji. W kieszeni nosimy urządzenie, które potrafi wypełnić każdą szczelinę dnia. Minutę w autobusie. Trzy minuty przed snem. Kwadrans po przebudzeniu. Poranek, którego jeszcze nie zdążyliśmy przeżyć. Wieczór, który miał być nasz.

Nie chodzi o łatwe potępienie rozrywki. Słuchanie muzyki, oglądanie filmu, czytanie książki, śledzenie cudzej opowieści – to wszystko są zajęcia wartościowe. Człowiek nie musi bez przerwy produkować. Nie każdy wieczór ma kończyć się sonetem, szkicem, fugą albo rozdziałem powieści. Byłoby to równie nieznośne jak przymusowy kurs kreatywności prowadzony przez korporacyjnego coacha.

Problem zaczyna się gdzie indziej. Nie wtedy, gdy odpoczywamy przy cudzej twórczości, lecz wtedy, gdy cudza twórczość zajmuje całe miejsce przeznaczone na nasze własne widzenie, myślenie i robienie. Gdy człowiek nie tyle ogląda film, ile pozwala, by przez cały dzień ktoś inny przeżywał świat za niego. Gdy słucha, przewija, lajkuje, komentuje, ale coraz rzadziej bierze do ręki pióro, ołówek, aparat, instrument, narzędzie.

Jeśli tylko konsumujesz, z czego rezygnujesz?

G.K. Chesterton pisał kiedyś o tańcu w sposób, który brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Jego myśl można streścić tak: kultura zaczyna chorować, gdy kilku ludzi, którzy robili coś dla radości, zostaje zastąpionych przez jednego człowieka, który robi to za pieniądze, podczas gdy reszta siedzi i patrzy. Kiedyś tańczyła cała sala. Potem sala zaczęła płacić komuś, żeby tańczył za nią.

To zdanie jest niebezpiecznie trafne. Nie dlatego, że wszyscy mamy natychmiast porzucić Netflixa, YouTube’a i Spotify, wstać z kanapy i zatańczyć między stolikiem a telewizorem. Raczej dlatego, że Chesterton dotyka głębszej sprawy: człowiek, który jedynie ogląda, stopniowo traci odwagę uczestnictwa.

A uczestnictwo jest czymś więcej niż rozrywką.

Tworzenie nie jest luksusem dla wybranych. Nie jest zajęciem grupy ludzi z grantami, pracowniami, dyplomami i dziwnymi okularami. Tworzenie jest jedną z podstawowych form ludzkiego kontaktu ze światem. Nie każdy musi być artystą. Ale każdy powinien czasem zrobić coś własnego. Nie po to, by wygrać konkurs, dostać nagrodę, wejść do kanonu albo przekonać krytyków. Po to, by nie utracić tej części siebie, która rozumie świat przez kształtowanie.

Nigdy nie istniał złoty wiek powszechnej twórczości. Dawniej także wielu ludzi było wykluczonych z kultury, zmęczonych pracą, pozbawionych czasu, narzędzi i edukacji. Nie ma sensu udawać, że przeszłość była wielką świetlicą, w której chłopi, robotnicy, dzieci i mieszczanie od rana do wieczora śpiewali, rzeźbili, malowali i recytowali Homera. To byłaby nostalgia równie fałszywa jak reklama życia offline.

Nowość naszej epoki polega na czymś innym. Po raz pierwszy nawet najmniejsze szczeliny dnia zostały skolonizowane przez gotową rozrywkę. Dawniej człowiek mógł nie mieć czasu na twórczość. Dziś może nie mieć już nawet czasu na bezczynność, z której twórczość czasem się rodzi.

Według brytyjskiego regulatora Ofcom dorośli w Wielkiej Brytanii spędzają średnio około czterech i pół godziny dziennie online. To oczywiście tylko jeden kraj i tylko jedna statystyka, ale dobrze pokazuje skalę zjawiska. Znaczna część życia przeniosła się do przestrzeni, w której ktoś nieustannie walczy o naszą uwagę. Nie o naszą mądrość, nie o naszą sprawczość, nie o naszą wewnętrzną formę. O uwagę. Najlepiej częstą, rozproszoną i powracającą.

A twórczość zaczyna się od uwagi.

Człowiek naprawdę zaczyna widzieć dopiero wtedy, gdy próbuje coś odtworzyć. Każdy, kto próbował rysować, zna to doświadczenie. Wydawało ci się, że wiesz, jak wygląda drzewo. Przecież widziałeś tysiące drzew. A potem siadasz z kartką papieru i okazuje się, że nie masz pojęcia, jak z pnia wyrasta gałąź. Nie wiesz, jak liście układają się wobec światła. Nie zauważyłeś, że cień pod drzewem nie jest czarną plamą, lecz skomplikowaną mieszaniną półtonów. Myślałeś, że znasz rower, kubek, dłoń, twarz bliskiego człowieka. Dopiero ołówek ujawnia twoją ślepotę.

John Ruskin rozumiał to znakomicie. Kiedy w 1871 roku założył w Oksfordzie szkołę rysunku, nie chodziło mu przede wszystkim o kształcenie artystów zawodowych. Chciał nauczyć zwykłych ludzi widzenia. Rysunek miał być ćwiczeniem uwagi. Sposobem na odzyskanie świata, który w codziennym pośpiechu zmienia się w tło.

To jedna z najważniejszych, a najbardziej lekceważonych funkcji sztuki. Sztuka nie musi odrywać nas od rzeczywistości. Przeciwnie – może nas do niej przywracać. Kto szkicuje drzewo, nie ucieka od drzewa w fantazję. On pierwszy raz naprawdę przy nim zostaje. Kto opisuje zapach starej klatki schodowej, zaczyna rozumieć, że pamięć ma swoją architekturę. Kto próbuje zagrać prostą melodię, słyszy, jak wiele wysiłku kryje się w czymś, co wcześniej wydawało się łatwe.

Tu pojawia się sprawa szkoły. Dzieci powinny rysować, malować, grać, tańczyć, lepić, szyć, budować i pisać nie po to, by wszystkie z nich stały się artystami. Szkoła nie powinna być fabryką niespełnionych pianistów ani magazynem małych geniuszy plastycznych. Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o rozwój uwagi, cierpliwości, koordynacji, pamięci, wrażliwości i zdolności przekładania myśli na formę.

Dziecko, które gra na instrumencie, uczy się słuchać nie tylko dźwięku, lecz także własnego błędu. Dziecko, które rysuje, odkrywa, że świat nie składa się z gotowych etykiet: „dom”, „człowiek”, „pies”, „drzewo”. Składa się z proporcji, napięć, odległości, światła i ruchu. Dziecko, które rzeźbi albo buduje, poznaje opór materii. A opór materii jest jedną z najzdrowszych lekcji rzeczywistości.

Współczesna edukacja zbyt łatwo redukuje twórczość do dodatku. Do „zajęć artystycznych”, które można obciąć, gdy trzeba poprawić wyniki z przedmiotów uznawanych za poważniejsze. Tymczasem w tych pozornie niepraktycznych zajęciach dziecko ćwiczy najgłębsze praktyki: koncentrację, poprawianie, zaczynanie od nowa, panowanie nad impulsem, odraczanie efektu. Uczy się, że nie wszystko pojawia się natychmiast po kliknięciu.

A to lekcja coraz bardziej kontrkulturowa.

Bo żyjemy w epoce natychmiastowych efektów. Muzyka ma grać od razu. Film ma ruszyć od razu. Obraz ma się wygenerować od razu. Odpowiedź ma pojawić się od razu. Nawet myśl ma być gotowa, zanim człowiek zdąży poczuć ciężar pytania.

W tym miejscu pojawia się sztuczna inteligencja.

Nie warto udawać, że jej nie ma. Nie warto też uciekać w tanią panikę. Narzędzia AI mogą pomagać. Mogą porządkować materiał, podsuwać tropy, streszczać, tłumaczyć, inspirować, przyspieszać pracę. W wielu sytuacjach będą tak samo naturalne jak edytor tekstu, aparat cyfrowy czy wyszukiwarka. Problem nie polega na samym istnieniu narzędzia. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie przejmuje od człowieka nie czynność mechaniczną, lecz sam proces formowania myśli.

Najpierw oddaliśmy platformom czas. Potem algorytmom uwagę. Teraz możemy oddać maszynom samo zmaganie się ze zdaniem.

Pisanie nie jest tylko zapisem gotowych myśli. Bardzo często jest sposobem ich powstawania. Człowiek siada do zdania i dopiero w trakcie pisania odkrywa, co naprawdę chciał powiedzieć. Poprawia słowo, zmienia szyk, usuwa ozdobnik, dopisuje zastrzeżenie, łapie sprzeczność, której wcześniej nie widział. Zdanie staje się laboratorium myśli.

Kiedy prosimy maszynę: „napisz za mnie akapit”, zyskujemy czas, ale możemy tracić ćwiczenie przechodzenia od chaosu do formy. A właśnie tam dzieje się myślenie. Nie w gotowym akapicie, lecz w drodze do niego.

Badania nad tym zjawiskiem są jeszcze młode i trzeba je traktować ostrożnie. Nie dowodzą, że sztuczna inteligencja automatycznie niszczy ludzką inteligencję. Sugerują raczej coś subtelniejszego: częste przenoszenie wysiłku poznawczego na narzędzia zewnętrzne może osłabiać zaangażowanie krytyczne, jeśli człowiek używa tych narzędzi jako zastępstwa dla myślenia, a nie jako partnera w pracy. To ważna różnica. AI może być protezą lenistwa albo przyrządem treningowym. Wszystko zależy od tego, czy po jej odpowiedzi budzimy się bardziej czujni, czy bardziej bierni.

Byłoby jednak niesprawiedliwe powiedzieć, że internet wyłącznie odbiera ludziom twórczość. W wielu przypadkach robił i robi coś przeciwnego. Dzięki sieci ludzie piszą blogi, nagrywają muzykę, publikują zdjęcia, uczą się rysować, montują filmy, zakładają małe społeczności, znajdują odbiorców bez zgody redakcji, galerii, wydawnictw i akademii. Nigdy wcześniej amator nie miał tak łatwego dostępu do narzędzi, lekcji, inspiracji i publiczności.

To jest poważny kontrargument. Trzeba go przyjąć.

Internet nie tylko zamienia ludzi w widzów. Potrafi także przywrócić im głos. Problem w tym, że ta sama infrastruktura, która daje narzędzia tworzenia, jest równocześnie zaprojektowana jako maszyna pochłaniania uwagi. Możesz nauczyć się na niej grać na gitarze. Możesz też przez trzy godziny oglądać ludzi, którzy rozpakowują pudełka po gitarach. Możesz publikować własne zdjęcia. Możesz też przez pół dnia porównywać się z cudzym życiem. Możesz pisać. Możesz przewijać. Narzędzie jest demokratyczne. Mechanizm uwagi – już nie zawsze.

Tu właśnie przebiega granica. Nie między internetem a książką. Nie między AI a piórem. Nie między ekranem a papierem. Granica przebiega między uczestnictwem a zastępstwem.

Dorothy L. Sayers w książce The Mind of the Maker pisała o człowieku jako istocie, której twórczość należy do samego rdzenia ludzkiego doświadczenia. Jej argument wyrastał z chrześcijańskiej teologii stworzenia. Ten wątek trzeba potraktować ostrożnie, ponieważ łatwo popaść w zbyt szybkie formuły. Nie trzeba jednak przyjmować całego teologicznego zaplecza tej myśli, by dostrzec jej antropologiczną siłę.

Człowiek nie tylko zastaje świat. Człowiek świat kształtuje.

Nie stwarza go z niczego w sensie absolutnym. Raczej bierze to, co już istnieje: język, drewno, kamień, dźwięk, wspomnienie, kolor, gest, historię, ranę, przypadkowe zdanie podsłuchane w autobusie – i nadaje temu nowy układ. Tworzenie jest więc nie tyle boskim gestem powoływania bytu z nicości, ile ludzkim gestem porządkowania, odpowiadania, przetwarzania. Świat przechodzi przez człowieka i wraca odmieniony.

J.R.R. Tolkien nazywał to „subkreacją”. Człowiek tworzy światy wtórne, ponieważ żyje w świecie pierwotnym. Nie wymyśla z pustki. Bierze glinę rzeczywistości i ugniata ją w opowieść. W tym sensie dziecko budujące z klocków zamek, amator piszący wiersz, emeryt malujący ogród, ojciec wymyślający bajkę przed snem i kobieta układająca rodzinną historię w albumie uczestniczą w tym samym ludzkim odruchu: nadać światu formę, której wcześniej nie było.

I tu dochodzimy do sprawy najprostszej. Tworzenie nie musi być wielkie.

To bardzo współczesne złudzenie, że jeśli coś nie ma publiczności, nie istnieje. Jeśli nie zostało opublikowane, wypromowane, sprzedane, kliknięte, udostępnione i ocenione, było stratą czasu. To jedna z bardziej toksycznych iluzji epoki platform. Nauczyliśmy się mierzyć wartość aktu twórczego reakcją widowni. Tymczasem wiele najważniejszych rzeczy powstaje bez widowni.

Notatnik, którego nikt nie przeczyta. Melodia zagrana samemu sobie. Szkic schowany do szuflady. Mały ogród. Naprawione krzesło. Wiersz wysłany jednej osobie. Zdjęcie zrobione nie po to, by je wrzucić do sieci, lecz by ocalić chwilę. Opowieść opowiedziana wnukowi. Taniec w kuchni.

To nie są porażki twórczości. To są jej podstawowe formy.

Tolkien dobrze znał twórczość wykonywaną na marginesie życia. Był profesorem, filologiem, mężem, ojcem, człowiekiem zanurzonym w obowiązkach. Jego wielkie światy nie powstały dlatego, że ktoś zapewnił mu idealne warunki, ciszę, grant i apartament z widokiem na jezioro. Powstawały przez lata, po godzinach, w notatkach, listach, szkicach, poprawkach, dopiskach. Nie każdy ma napisać Władcę Pierścieni. Ale każdy może odzyskać margines.

Margines jest dziś polem walki.

Kiedyś człowiek tracił wolność głównie przez przymus. Dziś bardzo często traci ją przez wygodę. Nikt nie musi zakazywać mu pisania, rysowania, grania, śpiewania, budowania. Wystarczy dać mu nieskończony strumień cudzej ekspresji. Wystarczy, że zawsze będzie coś do obejrzenia. Następny odcinek. Następny film. Następny komentarz. Następna awantura. Następna cudza myśl, która zwalnia nas z wysiłku sformułowania własnej.

Tak rodzi się miękka dekadencja. Nie przez upadek obyczajów w starym, kaznodziejskim sensie. Raczej przez zanik sprawczości. Przez stopniowe przesunięcie człowieka z pozycji uczestnika na pozycję widza. Z pozycji amatora na pozycję klienta.

A przecież amator to piękne słowo. Oznacza kogoś, kto coś kocha. Dopiero później uczyniono z niego obelgę. Amatorski znaczy dziś często: nieudolny, gorszy, nieprofesjonalny. Ale kultura bez amatorów zamienia się w rynek usług estetycznych. W kilku ludzi na scenie i miliony ludzi w fotelach. W opłacony taniec dla nieruchomej sali.

Nie chodzi o pogardę dla profesjonalistów. Profesjonalna sztuka jest potrzebna. Wielcy muzycy, pisarze, aktorzy, reżyserzy, malarze i tancerze poszerzają nasze doświadczenie. Ale zdrowa kultura nie polega na tym, że nieliczni tworzą, a reszta konsumuje. Zdrowa kultura przypomina rozmowę: jedni mówią piękniej, inni prościej, ale nikt nie zostaje skazany na milczenie.

Co więc robić?

Nie trzeba zaczynać od manifestu. Wystarczy od małego aktu oporu. Dziesięć minut dziennie bez widowni. Jedna strona notatnika. Jeden szkic kubka. Jedna melodia ćwiczona niezdarnie. Jedno zdjęcie zrobione uważnie. Jedno wspomnienie zapisane dla dzieci. Jedna próba opisania snu. Jedno drzewo narysowane tak źle, że aż uczciwie.

Najważniejsze, by nie oddawać całego pola cudzym obrazom.

Człowiek, który tworzy, odzyskuje proporcje. Zaczyna rozumieć, ile pracy kosztuje prostota. Staje się mniej bezwzględny jako odbiorca, bo wie, jak trudno zrobić cokolwiek dobrze. Staje się też mniej podatny na manipulację, bo ćwiczy własny osąd. Kto sam próbował pisać, ten inaczej czyta. Kto sam próbował rysować, ten inaczej patrzy. Kto sam próbował grać, ten inaczej słucha.

Twórczość jest szczepionką przeciwko płaskiemu życiu.

Nie daje gwarancji szczęścia. Nie rozwiązuje problemów finansowych, rodzinnych ani zdrowotnych. Nie czyni człowieka automatycznie dobrym. Historia zna wielu artystów nieznośnych, próżnych, okrutnych i małych. Ale nawet wtedy akt tworzenia pozostaje jedną z niewielu czynności, w których człowiek nie tylko reaguje na świat, lecz odpowiada mu własną formą.

Może więc pytanie nie brzmi: czy współcześni są najbardziej zabawianą społecznością w historii?

Może brzmi inaczej: czy potrafimy jeszcze bawić się sami, bez pośredników, bez platform, bez algorytmu, bez natychmiastowej publiczności?

Czy potrafimy tańczyć, zanim ktoś zacznie nas oceniać?

Czy potrafimy śpiewać, choć nikt nas nie nagrywa?

Czy potrafimy pisać zdanie, które nie jest promptem, tylko ryzykiem?

Czy potrafimy narysować drzewo i przyjąć upokarzającą wiadomość, że widzieliśmy je przez całe życie, ale nigdy naprawdę nie patrzyliśmy?

Jeśli nie, to być może nasza epoka nie cierpi na brak kultury. Cierpi na jej nadmiar w formie gotowej do spożycia. Na przesyt cudzą wyobraźnią. Na wygodę, która powoli odbiera nam własne ręce.

A wtedy najprostszy gest – kartka, ołówek, kilka zdań, nieporadna melodia – staje się czymś więcej niż hobby.

Staje się aktem odzyskania siebie.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej