Wyrocznia przeciwko epoce pewności. O człowieku, który zgubił klucze, lecz nadal uważa, że wszystko wie

Trzy krótkie maksymy z Delf brzmią dziś jak prowokacja rzucona światu, który wszystko wie natychmiast, przesadza niemal ze wszystkim i najchętniej podpisuje się pod prawdami, których nigdy nie sprawdził na sobie.
Starożytni mieli jedną nieznośną przewagę nad nami: potrafili powiedzieć rzecz prostą tak, żeby człowiek musiał się nad nią męczyć przez dwa i pół tysiąca lat.
My odwrotnie. Potrafimy powiedzieć rzecz banalną tak długo, że wygląda jak raport ekspercki, podcast rozwojowy, panel dyskusyjny, manifest wyborczy albo strategia komunikacyjna dużej firmy, która odkryła właśnie, że ludzie mają emocje. Starożytni pisali na ścianie świątyni: „Poznaj siebie”. My robimy z tego dwunastotygodniowy kurs, aplikację z abonamentem, webinar z certyfikatem i kubek z napisem: „Jestem najlepszą wersją siebie”.

Delfy miały opinię miejsca tajemniczego. Człowiek szedł do wyroczni, żeby usłyszeć, co go spotka. Tak przynajmniej lubimy sobie to wyobrażać, bo przepowiednia jest wygodniejsza od mądrości. Przepowiednia zwalnia z myślenia. Mądrość przeciwnie – psuje człowiekowi dzień. Każe usiąść, przestać udawać i zapytać, czy przypadkiem nie jest się głównym problemem własnego życia.

Na świątyni Apollina w Delfach miały widnieć trzy maksymy, które brzmią jak instrukcja obsługi człowieka jeszcze sprzed pierwszej aktualizacji systemu: poznaj siebie, nic w nadmiarze, nie dawaj gwarancji własnej pewności.

Ta ostatnia formuła wymaga małego wyjaśnienia. W popularnych wersjach trzecią maksymę tłumaczy się czasem jako ostrzeżenie przed zgubną pewnością. To ładne, nowoczesne i bardzo medialne. Grecki sens jest jednak bardziej praktyczny: uważaj, kiedy poręczasz. Uważaj, kiedy dajesz gwarancję. Uważaj, kiedy wiążesz się słowem szybciej niż zdążyła pomyśleć głowa.

Ale w tym kancelaryjnym na pozór ostrzeżeniu kryje się coś większego. Nie zapewniaj zbyt stanowczo. Nie rób z własnego przekonania dokumentu notarialnego. Nie zatrzaskuj świata własną odpowiedzią. Nie składaj poręczeń za rzeczywistość, której widzisz jedynie fragment.

A my kochamy poręczać.

Właściwie cała współczesna cywilizacja jest wielką fabryką produkującą ludzi, którzy wiedzą. Wiedzą po przeczytaniu nagłówka. Wiedzą po obejrzeniu trzydziestosekundowego filmu. Wiedzą po wysłuchaniu jednego eksperta, zwłaszcza kiedy ekspert mówi to, co i tak chcieli usłyszeć. Wiedzą, kto jest winny, kto jest głupi, kto jest zdrajcą, kto jest ciemnogrodem, kto jest elitą, kto jest zmanipulowany, kto śpi, a kto się obudził. Człowiek współczesny budzi się rano nie po to, żeby poznać świat, lecz żeby potwierdzić, że wczoraj miał rację.

To bardzo oszczędza czas. Niestety niszczy duszę.

Pierwszy klucz delficki brzmi: poznaj siebie. Nie: polub siebie. Nie: wypromuj siebie. Nie: zbuduj markę osobistą. Nie: odkryj swój potencjał i sprzedaj go w pięciu ratach. Poznaj siebie.

To jedno z najbardziej nieprzyjemnych zdań, jakie wymyśliła kultura. Bo poznać siebie nie znaczy zobaczyć w sobie ukrytego bohatera, który czekał tylko na właściwy kurs motywacyjny. Znaczy raczej zobaczyć wszystkie małe oszustwa, którymi człowiek skleja sobie dzień. Zobaczyć własną próżność, lęk, potrzebę uznania, lenistwo, żal do świata, miłość do wygodnych kłamstw. Zobaczyć, że nasze poglądy nie zawsze są wynikiem myślenia. Czasem są wynikiem temperamentu, środowiska, urazu, wstydu albo zwykłego zmęczenia.

Sokrates, jak wiadomo, chodził po Atenach i zadawał pytania. Byłby dziś człowiekiem bardzo niepopularnym. Nie nadawałby się do telewizji śniadaniowej. Nie miałby lekkiej energii. Atmosferę psuje ktoś, kto pyta: „co właściwie masz na myśli?”. Jeszcze bardziej psuje ją ktoś, kto pyta: „skąd wiesz, że to prawda?”. Najbardziej zaś psuje ją ktoś, kto po pięciu minutach rozmowy pokazuje człowiekowi, że ten od lat powtarza zdania, których nigdy naprawdę nie przemyślał.

Za takie rzeczy można zostać klasykiem filozofii albo wrogiem publicznym. Czasem jednym i drugim.

„Poznaj siebie” brzmi dziś jak hasło psychologiczne, ale w wersji delfickiej nie ma w nim miękkiej poduszki. To nie jest zaproszenie do narcystycznej kontemplacji własnej wyjątkowości. To raczej wezwanie do rozbrojenia własnego automatu. Kim jestem, kiedy nikt nie patrzy? Czego naprawdę chcę, kiedy przestanę używać cudzych słów? Co we mnie jest moje, a co zostało wgrane przez rodzinę, szkołę, media, klasę społeczną, religię, partię, lęk przed samotnością albo głód sukcesu?

Człowiek, który nie zna siebie, jest łatwy w obsłudze. Wystarczy nacisnąć odpowiedni guzik. Jednemu trzeba pokazać zagrożenie, drugiemu obietnicę awansu, trzeciemu wroga, czwartemu winnych, piątemu wizję wielkości. Potem taki człowiek idzie przez świat przekonany, że podejmuje samodzielne decyzje. Uroczy widok. Trochę jak pilot zdalnie sterowanego drona, który uważa, że jest ptakiem.

Drugi klucz brzmi: nic w nadmiarze.

To zdanie w naszych czasach powinno być objęte ochroną konserwatorską. Żyjemy przecież w epoce nadmiaru, która sprzedaje się jako intensywność. Mamy za dużo informacji, za dużo opinii, za dużo bodźców, za dużo oburzenia, za dużo planów, za dużo obrazów, za dużo obowiązków i za dużo porad, jak żyć spokojniej. Nawet minimalizm stał się dziedziną konsumpcji. Można kupić sobie bardzo drogie przedmioty po to, żeby wyglądało, że człowiek niczego nie potrzebuje.

Nadmiar jest demokratyczny. Dla każdego znajdzie się jego porcja przesady. Jedni przesadzają z pracą, drudzy z odpoczynkiem. Jedni z jedzeniem, drudzy z dietą. Jedni z mówieniem, drudzy z milczeniem tak znaczącym, że po chwili ono również staje się gadulstwem. Jedni z ambicją, drudzy z pogardą dla ambicji. Jedni z moralnością, drudzy z własnym cynizmem. Nawet rozsądek, jeśli używa się go jako pałki, robi się nierozsądny.

Grecka zasada umiaru nie była pochwałą letniości. To ważne. Umiar nie znaczy: bądź nijaki, bezpieczny, wygodny, trochę taki, trochę inny, byle nikomu nie podpaść. Umiar jest trudniejszy niż ekstremum. Ekstremum ma prostą dramaturgię. Krzyczy, błyszczy, pali się, robi wrażenie. Umiar wymaga wyczucia. Trzeba wiedzieć, kiedy odwaga przechodzi w brawurę, kiedy ostrożność robi się tchórzostwem, kiedy dobroć zamienia się w słabość, kiedy szczerość staje się okrucieństwem, kiedy miłość zaczyna przypominać kontrolę.

Arystoteles nazwałby to złotym środkiem. Współczesny człowiek nazwałby to zapewne brakiem wyrazistości, bo podejrzewa, że jeśli nie przesadzi, nikt go nie zauważy.

Cała nasza kultura ma wbudowany lęk przed niewystarczalnością. Trzeba pracować więcej, czuć mocniej, przeżywać głębiej, wybierać radykalniej, reagować szybciej, wyglądać lepiej, mówić ostrzej, mieć poglądy bardziej jednoznaczne. Nawet cierpienie musi być odpowiednio komunikowalne. Smutek bez estetyki nie ma zasięgu.

„Nic w nadmiarze” brzmi w tej rzeczywistości jak akt sabotażu. Jakby ktoś wszedł do wielkiej hali produkcyjnej, gdzie wytwarza się niepokój, ambicję, tożsamość i opinię, po czym spokojnie wyłączył prąd.

Nie przesadzaj.

To wszystko.

Nie przesadzaj z pewnością siebie. Nie przesadzaj z pogardą do siebie. Nie przesadzaj z pracą. Nie przesadzaj z odpoczynkiem. Nie przesadzaj z wiarą w ludzi. Nie przesadzaj z podejrzliwością wobec ludzi. Nie przesadzaj nawet z własną racją, bo racja karmiona bez umiaru tyje, robi się ciężka, arogancka i w końcu zaczyna siadać na cudzej twarzy.

I tu pojawia się trzeci klucz: nie dawaj gwarancji własnej pewności.

To najciekawsze ostrzeżenie, bo brzmi mniej elegancko od dwóch poprzednich. „Poznaj siebie” ma prestiż. „Nic w nadmiarze” wygląda dobrze w eseju. Ale „nie dawaj gwarancji własnej pewności” pachnie kancelarią, długiem, podpisem, zobowiązaniem, drobnym drukiem. A przecież w tym tkwi jego siła.

Człowiek gubi się nie tylko wtedy, kiedy nie wie. Często gubi się wtedy, kiedy wie zbyt mocno. Kiedy udziela gwarancji światu, którego nie rozumie. Kiedy poręcza za ideę, człowieka, partię, wspólnotę, instytucję, teorię, naród, religię, rynek, technologię, własną pamięć, własny osąd. Kiedy mówi: to na pewno. Kiedy mówi: nigdy. Kiedy mówi: zawsze. Kiedy mówi: my jesteśmy po dobrej stronie. Kiedy mówi: ja bym tak nie zrobił.

Ostatnie zdanie jest szczególnie ryzykowne. Człowiek naprawdę powinien rzadko mówić: „ja bym tak nie zrobił”. Historia zna wiele osób, które przed próbą charakteru miały bardzo piękne zdanie o swoim charakterze. Potem przyszła próba, a wraz z nią korekta redakcyjna.

Nasza epoka jest epoką poręczeń składanych bez zabezpieczenia. Poręczamy za opinie, które znamy z cudzej złości. Poręczamy za ludzi, których twarze widzieliśmy głównie na ekranie. Poręczamy za diagnozy społeczne mieszczące się w memie. Poręczamy za przyszłość technologii, choć nie rozumiemy teraźniejszości własnego telefonu. Poręczamy za demokrację, nie mając cierpliwości do rozmowy z sąsiadem. Poręczamy za wolność słowa, dopóki mówi ktoś z naszego obozu. Poręczamy za prawdę, ale najchętniej za tę, która nie wymaga od nas zmiany życia.

Starożytne ostrzeżenie mówiłoby tu mniej więcej: uważaj. Nie zatrzaskuj świata własną odpowiedzią. Nie zamykaj myślenia, gdy znajdziesz zdanie, w którym poczujesz się bezpiecznie. Nie zmieniaj opinii w twierdzę. Nie składaj poręczeń za rzeczywistość, której widzisz jedynie fragment.

Człowiek gubi się wtedy, kiedy jego pogląd staje się bardziej szczelny niż świat. Kiedy nie zostawia w sobie ani jednej szczeliny na pytanie, korektę, wahanie, cudzy argument, własny błąd. Wtedy pewność przestaje być oparciem, a zaczyna być więzieniem z bardzo dobrym samopoczuciem.

Starożytni bali się pychy. Nie takiej zwykłej, salonowej pychy, kiedy ktoś uważa, że ma lepszy gust, lepsze książki na półce i lepiej dobrane wino do kolacji. Bali się pychy głębszej: przekonania, że człowiek może bezkarnie przekroczyć własną miarę. Że może wiedzieć za dużo, chcieć za dużo, posiadać za dużo, rozstrzygać za dużo. Że może postawić siebie w miejscu, z którego widać całość.

To miejsce nie istnieje.

Istnieją tylko fragmenty, perspektywy, interesy, lęki, języki, ograniczenia, pamięci i półmrok, w którym człowiek próbuje nie przewrócić się o własne deklaracje. Każdy, kto obiecuje pełną jasność, sprzedaje albo religię, albo ideologię, albo internetowy kurs za 999 zł. Czasem wszystkie trzy naraz.

Delfy nie dają komfortu. Nie mówią: będzie dobrze. Nie mówią: zwyciężysz. Nie mówią: twoi przeciwnicy się mylą, a ty możesz spokojnie spać. Mówią coś znacznie mniej przyjemnego: zobacz siebie, ogranicz nadmiar, nie udzielaj gwarancji zbyt pochopnie.

To bardzo mało jak na potrzeby współczesnego człowieka. Współczesny człowiek chciałby strategii, procedury, mapy, najlepiej aplikacji z powiadomieniami. A tu trzy zdania, żadnego brandingu, żadnej obsługi klienta.

Poznaj siebie.

Nic w nadmiarze.

Nie dawaj gwarancji własnej pewności.

Można by te trzy zdania powiesić dziś nie na murach świątyni, lecz nad wejściem do internetu. Efekt byłby oczywiście żaden, bo nikt nie czyta napisów ostrzegawczych. Zwłaszcza tych, które dotyczą jego samego. Czytamy ostrzeżenia z myślą o innych. To bardzo ludzka cecha. Gdy na papierosach napisano, że zabijają, palacz uznał, że chodzi o słabszych. Gdy filozofia mówi: „uważaj na pychę”, człowiek od razu widzi twarz swojego przeciwnika.

A przecież Delfy nie były lustrem ustawionym naprzeciw wroga. Były lustrem ustawionym naprzeciw pielgrzyma.

Może tu kryje się największa różnica między dawną mądrością a dzisiejszym obiegiem opinii. Dawna mądrość zaczynała od pytania: co jest nie tak ze mną? Dzisiejszy obieg zaczyna od pytania: co jest nie tak z nimi? To drugie pytanie jest przyjemniejsze, tańsze i daje lepsze wyniki w mediach społecznościowych. Pierwsze wymaga samotności, uczciwości i pewnego rodzaju odwagi, która nie nadaje się do fotografowania.

Nie chodzi o to, żeby zostać antycznym mędrcem w sandałach, bo większość z nas wyglądałaby w tej roli dość nieszczęśliwie. Nie chodzi też o to, żeby udawać, że starożytni mieli gotowe odpowiedzi na nasze problemy. Nie mieli smartfonów, kredytów hipotecznych, całodobowych kanałów informacyjnych, algorytmów, globalnych kryzysów, call center ani formularzy, które każą udowodnić, że człowiek nie jest robotem. Choć akurat to ostatnie pytanie mogłoby ich zainteresować.

Chodzi raczej o to, że człowiek wciąż psuje się w bardzo podobny sposób. Zmieniają się dekoracje, narzędzia, języki i prędkość transmisji, lecz mechanizm pozostaje zadziwiająco trwały. Nie znamy siebie. Przesadzamy. Poręczamy za własne złudzenia.

A potem jesteśmy zdziwieni.

Starożytne maksymy nie są receptą na szczęście. To byłoby zbyt proste i zbyt współczesne. Są raczej trzema hamulcami bezpieczeństwa. Nie obiecują spełnienia, sukcesu, harmonii ani życia „w zgodzie ze sobą”, cokolwiek ten reklamowy zwrot jeszcze znaczy. Mówią: zatrzymaj się, zanim pomylisz pragnienie z prawdą. Zatrzymaj się, zanim nadmiar uznasz za pełnię. Zatrzymaj się, zanim z własnej pewności uczynisz świątynię.

Bo człowiek najczęściej nie ginie od braku odpowiedzi. Jakoś sobie z nim radzi. Uczy się improwizować, milczeć, pytać, czekać. Znacznie gorzej radzi sobie z odpowiedzią zbyt łatwą, zbyt szybką i zbyt wygodną. Taka odpowiedź natychmiast robi się domem, sztandarem, bronią, a czasem klatką.

Delfy milczą od dawna. Wyrocznia nie przemawia, kapłani nie tłumaczą znaków, pielgrzymi nie wracają z gór z twarzą człowieka, który usłyszał zdanie ciemne i ważne. Zostały ruiny, turystyczne zdjęcia, opracowania, przypisy, eleganckie rekonstrukcje i kilka słów, które nadal nie dają spokoju.

Może to wystarczy.

Może dobra wyrocznia nie powinna mówić zbyt wiele. Im więcej mówi, tym bardziej przypomina publicystę. A publicystów mamy pod dostatkiem.

Trzy klucze z Delf nie otwierają drzwi do idealnego życia. Otwierają raczej małą, ciasną furtkę, przez którą człowiek może wyjść z własnej pewności. Nie jest to wyjście spektakularne. Nie ma fanfar, objawienia, nagrody ani certyfikatu ukończenia kursu. Jest tylko trochę więcej powietrza.

Poznaj siebie – bo bez tego każdy będzie mógł cię użyć.

Nic w nadmiarze – bo nawet dobro, kiedy spuchnie, zaczyna wyglądać podejrzanie.

Nie dawaj gwarancji własnej pewności – bo najdrożej płaci się za zapewnienia składane w imieniu własnej niewiedzy.

Tyle zostało ze świątyni.

I aż tyle.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej