Miłość jest jednym z tych słów, które zrobiły wielką karierę i właśnie dlatego straciły precyzję. Kochamy żonę, dziecko, Boga, ojczyznę, psa, kawę, święty spokój i czasem nawet własne nieszczęście, jeśli zbyt długo się z nim oswoimy. Język jest demokratyczny: wszystko może dostać to samo słowo. Człowiek zostaje potem z problemem, jak odróżnić miłość od apetytu, przywiązanie od posiadania, czułość od nawyku, namiętność od choroby, poświęcenie od pychy.
Starożytni Grecy nie byli od nas moralnie lepsi. Ludzie w tunikach także kłamali, zdradzali, bywali śmieszni i komplikowali sobie życie. Byli jednak bardziej podejrzliwi wobec słów. Tam, gdzie my mówimy jednym ciężkim słowem „miłość”, oni rozróżniali kilka odcieni. Warto do nich wracać nie po to, by urządzać muzeum pojęć, lecz by zobaczyć, ile różnych spraw próbujemy upchnąć pod jedną nazwą.

Nie chodzi tu o ścisłą rekonstrukcję antycznej teorii, lecz o współczesną mapę pojęć inspirowaną greckimi nazwami. Siedem stopni miłości nie jest drabiną z egzaminem na końcu. Miłość nie działa jak szkolenie BHP. Te stopnie przenikają się, wracają, kłócą się ze sobą, czasem udają jeden drugiego. Człowiek może mieć w sobie jednocześnie dziecko, kochanka, przyjaciela, egoistę, opiekuna, świętego i małego oszusta.
Pierwszy stopień to storge – miłość oswojenia. Najmniej efektowna, najmniej literacka, a może najbardziej podstawowa. Rodzi się z bliskości, powtarzalności, wspólnego stołu, tych samych drzwi i głosów za ścianą. Nie wybieramy jej w pełni. Raczej zastajemy ją tak, jak zastaje się zapach domu albo kubek, który zawsze stoi nie tam, gdzie powinien.
Storge nie mówi wielkich zdań. To miłość kapci, zupy, podanego lekarstwa, telefonu wykonanego nie dlatego, że ma się ochotę, lecz dlatego, że trzeba zapytać, czy wszystko jest w porządku. Ma w sobie coś z róży Małego Księcia: ta jedna jest ważniejsza nie dlatego, że obiektywnie najpiękniejsza, ale dlatego, że została podlana, osłonięta, wysłuchana.
Ale storge ma cień. To, co oswojone, łatwo uznać za własność. Rodzina może być miejscem czułości, ale może też stać się małym państwem autorytarnym, gdzie wszystko uzasadnia się troską. „Przecież robię to z miłości” – mówi człowiek i już wiadomo, że trzeba uważać.
Drugi stopień to ludus – miłość jako zabawa. Niesłusznie traktowana podejrzliwie, bo ludzie poważni nie ufają zabawie. Chcieliby, żeby miłość od razu była sakramentem, decyzją, kredytem hipotecznym i grafikiem wizyt u dentysty. A przecież miłość, zanim nauczy się odpowiedzialności, często uczy się śmiechu.
Ludus to flirt, lekkość, gra spojrzeń, żart, taniec, niedopowiedziane zdanie. To chwila, kiedy ktoś staje się interesujący nie dlatego, że nadaje się do wspólnej emerytury, lecz dlatego, że przez pięć minut świat przestaje być zakładem przetwarzania obowiązków.
Miłość bez ludus szybko zamienia się w instytucję. Wszystko jest poprawne, wszystko działa, tylko nikt już się nie śmieje. Ludus jest tlenem. Ale gdy zabawa staje się jedynym prawem relacji, drugi człowiek przestaje być osobą, a staje się pionkiem. Wszystko jest grą, więc nic nie ma konsekwencji. A tam, gdzie nic nie ma konsekwencji, łatwo ranić.
Trzeci stopień to eros – najbardziej osławiony i najbardziej podejrzany. Zbyt często sprowadzany do seksualności, jakby człowiek zakochany był tylko organizmem z chwilowo zakłóconym systemem chłodzenia. Eros jest większy: to energia pragnienia. Porywa, rozprasza rozsądek, przesuwa granice świata. Sprawia, że jedna twarz nagle organizuje całą przestrzeń.
Platon widział w erosie nie tylko niebezpieczeństwo, lecz także możliwość wzniesienia. Zaczyna się od ciała i zachwytu konkretną osobą, ale może prowadzić dalej: ku pięknu duszy, myśli, dobra. To piękna koncepcja, choć w praktyce człowiek zakochany rzadko wygląda jak filozof wspinający się po duchowej drabinie. Częściej jak ktoś, kto zgubił klucze, telefon i godność osobistą.
Eros bywa świętem życia, ale bywa też jego chorobą. Może otworzyć człowieka na piękno, ale może też uczynić z ukochanej osoby przedmiot kultu, a z siebie kapłana własnej obsesji. Tristan i Izolda nie są poradnikiem zdrowej relacji. Werter nie jest ambasadorem równowagi emocjonalnej. Eros jest ogniem. Ogień ogrzewa, ale nie podpisuje zobowiązania, że nie spali domu.
Czwarty stopień to philia – miłość przyjaźni. Być może najbardziej niedoceniana, bo nie daje ani biologicznego dramatu rodziny, ani teatralności erotycznego uniesienia. Przyjaźń nie ma dobrej reklamy, nie sprzedaje tylu piosenek, nie ma swojej walentynkowej czerwieni. A jednak jest jedną z najbardziej ludzkich form miłości, bo opiera się na wyborze i rozpoznaniu.
Przyjaciel to nie ten, kto jest użyteczny, choć może pomóc. Nie ten, kto jest przyjemny, choć dobrze, jeśli nie zamienia każdej rozmowy w próbę cierpliwości. Przyjaciel to ktoś, przy kim człowiek może być bardziej sobą, ale nie w znaczeniu: „akceptuj wszystkie moje wady, bo taki już jestem”. Prawdziwa przyjaźń nie jest magazynem pobłażliwości. Jest cichą szkołą charakteru.
Arystoteles miał rację, że przyjaźń najwyższa wymaga czasu. Nie da się jej kliknąć ani ogłosić po dwóch rozmowach i siedmiu emotikonach. Przyjaźń potrzebuje doświadczenia: wspólnej drogi, zawodu, powrotu, milczenia, które nie jest karą. Kochankowie często patrzą sobie w oczy. Przyjaciele patrzą razem na świat.
Ale philia także ma cień. Może stać się zamkniętym klubem wzajemnego potwierdzania, małą sektą dobrego samopoczucia, w której kochamy w drugim człowieku głównie to, że się z nami zgadza. Wtedy nie jest już przyjaźnią, lecz lustrzaną usługą. A lustro, nawet najwierniejsze, nie zastąpi człowieka.
Piąty stopień to philautia – miłość samego siebie. Brzmi niebezpiecznie, zwłaszcza w epoce, która potrafiła z miłości własnej zrobić przemysł: poradniki, warsztaty, afirmacje, profile, zdjęcia, pozy, a na końcu człowieka tak skupionego na sobie, że nawet cierpienie drugiego odbiera jako zakłócenie własnego rozwoju.
A jednak bez zdrowej miłości do siebie nie ma dojrzałej miłości do innych. Człowiek, który siebie nienawidzi, rzadko potrafi kochać spokojnie. Najczęściej zamienia miłość w głód, w szantaż, w nieustanne żądanie potwierdzenia: powiedz mi, że istnieję, że jestem wart, że mnie uratujesz. Drugi człowiek zostaje wtedy zakładnikiem cudzej pustki.
Dobra philautia nie jest narcyzmem. Jest zgodą na własną godność i ograniczoność. Człowiek nie musi zachwycać się sobą od rana do wieczora. Wystarczy, że przestanie traktować siebie jak wroga i nauczy się odpowiedzialności za własne rany, zamiast robić z nich narzędzie do ranienia innych.
Szósty stopień to pragma – miłość codzienna, praktyczna, cierpliwa, długodystansowa. Zaczyna się tam, gdzie kończą się fajerwerki. Nie pyta wyłącznie: „co czuję?”, lecz także: „co robię z tym, co czuję, kiedy jestem zmęczony, rozczarowany, starszy, mniej piękny, mniej pewny siebie?”.
To miłość ludzi, którzy wiedzą, że uczucie bez praktyki jest jak piękna deklaracja bez adresu. Pragma robi zakupy, pamięta o lekach, odbiera telefon, płaci rachunek, podaje płaszcz nie dlatego, że akurat płonie wewnętrznym światłem, tylko dlatego, że miłość zamieszkała w czynnościach. To nie jej upadek. To jej wcielenie.
W kulturze zakochanej w początku pragma wydaje się nudna. A przecież większość życia składa się nie z początków, lecz z kontynuacji. Początek ma po swojej stronie chemię, tajemnicę i korzystne oświetlenie. Kontynuacja wymaga charakteru. Kto kocha pragmatycznie, ten pamięta także wtedy, gdy ciało i emocje nie dostarczają codziennie dowodów w wysokiej rozdzielczości.
Ale pragma też może skostnieć. Może stać się kontraktem, spółką, administracją wspólnego życia. Wszystko działa, tylko miłość została zastąpiona obsługą relacji. Dlatego pragma potrzebuje powrotu do ludus, erosu i przyjaźni. Sama praktyczność nie wystarczy. Człowiek nie jest urządzeniem gospodarstwa domowego, nawet jeśli życie czasem próbuje go do tego sprowadzić.
Siódmy stopień to agape – miłość daru. Najtrudniejsza, najbardziej podejrzana dla ego, najmniej romantyczna w potocznym sensie, a zarazem najwyższa. Nie dlatego, że unieważnia ciało, przyjaźń, dom, zabawę ani codzienność. Przeciwnie: agape jest tym, co może oczyścić je z posiadania.
Agape nie pyta najpierw: „Co ja z tego będę miał?”. Nie pyta nawet: „Czy zasługujesz?”. Jest decyzją chcieć dobra drugiego człowieka. Brzmi prosto, ale to jedna z najbardziej rewolucyjnych definicji miłości. Bo chcieć dobra drugiego to czasem nie znaczy zatrzymać go przy sobie. Czasem znaczy pozwolić mu odejść, powiedzieć prawdę, pomóc komuś, kto nigdy się nie odwdzięczy, albo nie wykorzystać przewagi, choć można.
Święty Paweł opisuje taką miłość jako cierpliwą, łagodną, niewyniosłą, niepamiętającą złego. Nie należy jednak mylić tej łagodności z miękkością charakteru. Agape każe przekroczyć naturalny odruch: kocham swoich, pomagam swoim, bronię swoich, reszta niech sobie radzi. Rozszerza granice „swoich”. W tym sensie jest miłością najbardziej nieludzką i najbardziej ludzką zarazem.
Oczywiście, i agape ma karykaturę. Można udawać bezinteresowność po to, żeby mieć moralną przewagę. Można kochać „ludzkość”, a być okrutnym wobec człowieka siedzącego przy tym samym stole. Można poświęcać się tak widowiskowo, że wszyscy wokół mają obowiązek klaskać. Fałszywa agape jest jedną z najbardziej nieznośnych form pychy.
Siedem stopni miłości nie układa się więc w prostą drogę od niskiego do wysokiego. To raczej siedem prób. Czy potrafię oswoić, nie zawłaszczając? Bawić się, nie używając? Pragnąć, nie niszcząc? Przyjaźnić się, nie zamykając świata w kręgu podobnych sobie? Kochać siebie, nie czyniąc z siebie bożka? Trwać, nie zamieniając życia w regulamin? Dawać, nie żądając w zamian pomnika?
Może dopiero wszystkie te miłości razem tworzą coś, co można nazwać dojrzałością. Sama storge byłaby tylko przywiązaniem. Sam ludus – grą. Sam eros – pożarem. Sama philia – klubem wybranych. Sama philautia – ryzykiem narcyzmu. Sama pragma – administracją. Sama agape, oderwana od ciała i konkretu, mogłaby stać się zimnym ideałem dla ludzi, którzy łatwiej kochają abstrakcje niż sąsiada.
Prawdziwa miłość nie jest jednym uczuciem. Jest ruchem między tymi stopniami. Czasem zaczyna się od zachwytu, a kończy podaniem szklanki wody. Czasem rodzi się w rodzinie, ale musi zostać wybrana ponownie, już nie jako obowiązek krwi, lecz jako wolna decyzja. Czasem najwyższą formą miłości nie jest wielkie wyznanie, ale ciche: „zostań, odpocznij, ja to załatwię”.
I może dlatego jedno słowo „miłość” jest jednocześnie zbyt ubogie i całkiem trafne. Zbyt ubogie, bo ukrywa różnice. Trafne, bo na końcu wszystkie te stopnie prowadzą do jednego pytania: czy drugi człowiek jest dla mnie jeszcze tajemnicą, czy już tylko funkcją mojego pragnienia?
Jeżeli jest tajemnicą, miłość ma szansę.
Jeżeli jest funkcją, zaczyna się tylko dobrze znana historia posiadania, przebrana dla niepoznaki w piękne słowa.
