Prawo falowania, czyli dlaczego życie nie jest windą do sukcesu

Jest pewien rodzaj rozczarowania, który dopada człowieka mniej więcej regularnie. Niedramatycznie. Nie z hukiem. Raczej jak wilgoć w mieszkaniu: najpierw nic nie widać, potem odpada tynk.
Jeszcze niedawno wszystko jakoś szło. Człowiek miał energię, plany, odrobinę dyscypliny, czasem nawet tę podejrzaną rzecz zwaną dobrym nastrojem. Wstawał rano i nie czuł od razu, że świat jest nieudaną wersją samego siebie. Praca dawała się wykonywać. Ludzie nie irytowali bardziej niż zwykle. Kawa działała. Pomysły przychodziły. Nawet własne życie wyglądało przez chwilę jak projekt, który może zostać ukończony.
A potem – nic szczególnego się nie wydarza – i wszystko opada.

ilustracja do Prawo falowania, czyli dlaczego życie nie jest windą do sukcesu

Nie katastrofa. Nie upadek imperium. Nie grom z jasnego nieba. Po prostu człowiek budzi się któregoś dnia i okazuje się, że wewnętrzna elektrownia przeszła na tryb awaryjny. Rzeczy, które jeszcze wczoraj wydawały się możliwe, dziś wymagają niemal heroizmu. Telefon ciąży jak kamień. E-mail wygląda jak wezwanie przed sąd. Rozmowa z drugim człowiekiem staje się ekspedycją wysokogórską. Nawet radość ma za daleko do przejścia.

I wtedy przychodzi najgłupsza, a zarazem najbardziej przekonująca myśl: tak już będzie.

C.S. Lewis w „Listach starego diabła do młodego” opisał to z precyzją człowieka, który rozumiał, że największe duchowe katastrofy rzadko zaczynają się od wielkich grzechów. Częściej zaczynają się od zmęczenia, nudy, rozczarowania i od tego drobnego, prawie niewinnego zdania: „nie chce mi się”.

W tej książce starszy diabeł instruuje młodszego, jak należy prowadzić człowieka ku zgubie. Sam pomysł jest literacko bezczelny i dlatego tak dobry. Zamiast kazania mamy korespondencję z piekielnego działu obsługi klienta. Zamiast moralizowania – instrukcję użytkowania człowieka. Diabeł nie ryczy, nie zieje ogniem i nie biega z widłami. Diabeł jest doświadczonym urzędnikiem od ludzkich słabości. Wie, gdzie nacisnąć. Wie, kiedy nie naciskać. Wie przede wszystkim, że człowiek najłatwiej gubi się nie wtedy, kiedy jest zły, ale wtedy, kiedy jest pusty.

Lewis nazywa naturalny rytm ludzkiego życia prawem falowania. Człowiek nie jest linią prostą. Nie jest wykresem wzrostu, który w eleganckim raporcie idzie od lewego dolnego rogu do prawego górnego. Człowiek nie jest projektem do nieustannego ulepszania, choć współczesna kultura bardzo by chciała, żeby tak właśnie o sobie myślał. Człowiek jest raczej przypływem i odpływem. Raz ma w sobie światło, raz tylko latarkę z prawie rozładowaną baterią. Raz chce budować katedry, raz nie ma siły wynieść śmieci.

I to nie jest awaria. To jest kondycja.

Lewis ujmuje rzecz teologicznie: człowiek należy jednocześnie do świata ducha i do świata ciała. Ma w sobie pragnienie czegoś trwałego, ale żyje w czasie, a wszystko, co żyje w czasie, podlega zmianie. Ciało się męczy. Wyobraźnia wysycha. Uczucia falują. Zapał przychodzi i odchodzi jak gość, który nigdy nie uprzedza czy zostaje na kolację.

Można oczywiście udawać, że jest inaczej. Od tego mamy poradniki, aplikacje, kalendarze, coachingowe hasła i ludzi na Instagramie, którzy o piątej rano już medytują, biegają, inwestują, piją zielony koktajl i prawdopodobnie zakładają jeszcze jedną fundację. Współczesny ideał człowieka jest nie tyle święty, ile nieprzerwanie wydajny. Ma być stabilny, zmotywowany, świadomy, wdzięczny, aktywny, emocjonalnie zrównoważony i najlepiej jeszcze monetyzować swoje cierpienie w postaci kursu online.

Tymczasem zwykły człowiek po prostu faluje.

Raz idzie w górę, raz w dół. Raz wierzy, raz tylko pamięta, że kiedyś wierzył. Raz kocha ludzi, raz ma ochotę zamknąć ich wszystkich w osobnym pomieszczeniu z regulaminem korzystania z własnego głosu. Raz czuje sens, raz znajduje tylko jego odciski na śniegu.

Ważne jest jednak to, że Lewis nie traktuje dołka jako czegoś samego w sobie złego. I tu zaczyna się ciekawsza część tej myśli. Bo mamy odruch traktowania każdego spadku jak awarii. Gorszy czas? Trzeba go naprawić. Brak energii? Trzeba się zmobilizować. Smutek? Trzeba coś kupić, zjeść, obejrzeć, wypić, kliknąć, zamówić, zmienić, odświeżyć, przewinąć palcem po ekranie, aż dusza znowu zacznie udawać, że bierze udział w życiu.

Dołek ma zostać natychmiast zasypany. Najlepiej dostawą ekspresową.

Lewis mówi coś bardziej niewygodnego: dolina nie jest pomyłką w krajobrazie. Jest częścią drogi. Nie da się żyć wyłącznie na szczytach, choć wielu ludzi próbuje, szczególnie w poniedziałki rano i w styczniu, po zakupie nowego notesu. Problem nie polega na tym, że przychodzą okresy suchości, znużenia, chłodu i braku wewnętrznego światła. Problem polega na tym, co człowiek robi, kiedy one przychodzą.

Bo właśnie wtedy zaczyna się wielka sztuka podstawienia.

W dołku niekoniecznie mamy silniejsze pragnienia. Często przeciwnie: mamy mniej siły, mniej apetytu, mniej życia. Jesteśmy bardziej podatni na pocieszenia najgorszego rodzaju. Przyjemność, która w dobrym czasie byłaby po prostu przyjemnością, w złym czasie może stać się znieczuleniem. Kieliszek wypity z przyjaciółmi przy stole jest czymś innym niż kieliszek wypity samotnie po to, żeby zagłuszyć pustkę. Jedzenie może być świętem, ale może być też kneblem. Seks może być bliskością, ale może być też ucieczką od własnej samotności. Internet może być narzędziem, ale najczęściej jest małym, podświetlanym korytarzem, w którym człowiek chodzi w kółko i udaje, że dokądś zmierza.

Nie chodzi więc o samą rzecz. Chodzi o funkcję, jaką zaczyna pełnić.

Najniebezpieczniejsze w złych chwilach jest to, że człowiek zaczyna mylić lekarstwo z narkozą. Chce nie tyle wyzdrowieć, ile przestać czuć. A potem, jeśli robi to wystarczająco długo, zaczyna bronić własnego znieczulenia jak ostatniej twierdzy wolności. „Przecież każdemu coś się należy”. „Przecież trzeba jakoś żyć”. „Przecież to nic takiego”. „Przecież inni robią gorzej”.

To są zdania bardzo praktyczne. Diabeł, gdyby rzeczywiście prowadził szkolenia z kuszenia ludzi, pewnie umieściłby je w materiałach podstawowych.

Najlepsza sztuczka polega bowiem nie na tym, żeby człowiek upadł. Upadki są tanie. Zdarzają się wszystkim. Prawdziwa sztuka polega na tym, żeby człowiek urządził sobie w upadku mieszkanie. Żeby powiedział: skoro już tu jestem, to może tu właśnie jest moje miejsce. Skoro jestem zmęczony, to znaczy, że życie nie ma sensu. Skoro nie czuję miłości, to znaczy, że jej nie ma. Skoro nie czuję Boga, to znaczy, że Go nie ma. Skoro nie czuję siebie, to znaczy, że jestem pusty.

I właśnie tu Lewis trafia w punkt wyjątkowo celnie: człowieka można zgubić, jeśli nie pozwoli mu się rozpoznać prawa falowania. Jeśli uwierzy, że stan przejściowy jest stanem ostatecznym, zaczyna podejmować trwałe decyzje na podstawie chwilowej pogody.

A przecież robimy to nieustannie.

W złości wypowiadamy zdania, które mają udawać prawdę. W smutku unieważniamy całe życie. W zmęczeniu rezygnujemy z rzeczy, które były dla nas ważne. W okresie pustki mylimy ciszę z dowodem nieobecności. Jakby człowiek stojący w deszczu miał prawo ogłosić, że słońce było tylko propagandą meteorologów.

Tu pojawia się pytanie religijne, ale nie tylko religijne: dlaczego Bóg, jeśli jest dobry, pozwala na te okresy oschłości? Dlaczego nie utrzymuje człowieka stale w jasności, gorliwości, poczuciu sensu? Dlaczego wiara, miłość, twórczość, przyjaźń, praca, a nawet zwykła chęć życia nie mogą być bardziej stabilne?

Można odpowiedzieć pobożnie. Można też odpowiedzieć po ludzku.

Bo dopiero w dolinie sprawdza się, czy człowiek naprawdę idzie, czy tylko niesie go widok. Na szczycie łatwo wierzyć w drogę. Wszystko widać. Powietrze jest ostre. Krajobraz nagradza wysiłek. Człowiek przez chwilę wygląda nawet we własnych oczach na kogoś lepszego, bardziej konsekwentnego, niemal godnego autobiografii.

Ale w dolinie nie ma pięknych widoków. Jest błoto, cień, zwykłość i własny oddech. Idzie się, bo droga nadal istnieje, choć przestała zachwycać.

Stąd te dołki i doliny są tak ważne.

Cierpienie samo w sobie wcale nie uszlachetnia. To akurat jest jedna z bardziej niebezpiecznych pocztówek duchowości. Cierpienie równie dobrze może człowieka pogłębić, jak i skwasić. Może otworzyć, ale może też zamknąć. Może nauczyć współczucia, ale może też wyprodukować kogoś, kto z własnej rany robi pałkę do bicia innych. Nie ma automatycznej świętości w bólu. Są tylko możliwości.

Dołek jest miejscem próby, bo odbiera dekoracje. Człowiek zostaje z tym, co naprawdę w nim pracuje, kiedy znikają emocjonalne fajerwerki. Czy nadal będzie uczciwy, kiedy uczciwość nie daje satysfakcji? Czy nadal będzie wierny, kiedy wierność jest nudna? Czy nadal będzie pisał, kiedy nie czuje natchnienia? Czy nadal będzie kochał, kiedy miłość chwilowo przypomina administrację domową? Czy nadal będzie się modlił, jeśli modlitwa nie niesie żadnego ciepła, tylko suche słowa odbijające się od ściany?

To są pytania mało atrakcyjne. Nie nadają się na plakat motywacyjny. Trudno sprzedać kurs pod hasłem: „Rób swoje także wtedy, gdy nic z tego nie wynika”. A jednak prawdopodobnie na tym opiera się większość dojrzałego życia.

Nie na nieustannym uniesieniu. Nie na nieprzerwanym rozwoju. Nie na magicznej konsekwencji ludzi, którzy „po prostu mają dyscyplinę”. Dojrzałość zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje uważać każdy spadek za zdradę losu. Gdzie nie panikuje, gdy znika zapał. Gdzie rozumie, że brak światła nie zawsze oznacza noc absolutną. Czasem oznacza tylko, że trzeba iść wolniej.

Prawo falowania jest więc w pewnym sensie staroświeckie. Uderza w naszą manię stabilnej produktywności. W przekonanie, że normalny człowiek powinien przez cały czas rosnąć, działać, planować, optymalizować, poprawiać parametry własnej duszy. Lewis przypomina, że człowiek nie jest maszyną do ciągłego postępu. Jest istotą żyjącą w rytmie przypływów i odpływów. Ma okresy obfitości i okresy suszy. I nie powinien z każdego okresu suszy natychmiast robić wyroku na całą przyszłość.

To nie znaczy, że należy lekceważyć depresję, rozpacz czy realny kryzys. Nie każda dolina jest zwykłym wahaniem nastroju. Są miejsca, z których trzeba wołać o pomoc, a nie pisać eleganckie eseje o duchowej sinusoidzie. Ale między kliniczną rozpaczą a zwykłym ludzkim opadnięciem istnieje ogromny obszar codziennych spadków, które kultura nauczyła nas traktować jak awarię wymagającą natychmiastowej interwencji.

Może czasem trzeba mniej interweniować, a bardziej przeczekać. Nie biernie, nie z rezygnacją, ale przytomnie. Wykonać najbliższy uczciwy ruch. Nie rozstrzygać życia w najgorszym momencie. Nie robić z chwilowej pustki teorii świata. Nie brać własnego zmęczenia za objawienie metafizyczne.

To zresztą jedna z najpraktyczniejszych lekcji, jakie można wyciągnąć z Lewisa: w dołku nie należy wierzyć każdej myśli, która przychodzi. Umysł w złym stanie produkuje zdania bardzo stanowcze i zwykle bardzo fałszywe. „Nic nie ma sensu”. „Już zawsze tak będzie”. „Wszystko stracone”. „Nikt nie rozumie”. „Nie warto”. Brzmią poważnie, bo są ciężkie. Ale ciężar nie jest dowodem prawdy. Cegła też jest ciężka, a nie powierza się jej filozofii życia.

Człowiek musi więc nauczyć się rozpoznawać pogodę wewnętrzną. Nie po to, żeby nią gardzić, ale żeby nie oddawać jej całej władzy. Są dni, w których należy sobie powiedzieć: to jest dołek, nie definicja. To jest odpływ, nie koniec morza. To jest chwilowy chłód ducha, nie ostateczna prawda o świecie.

Brzmi prosto. Jak większość rzeczy naprawdę trudnych.

Bo kiedy człowiek jest na szczycie, nie potrzebuje tej wiedzy. Wtedy wszystko wydaje się oczywiste. Sens sam się narzuca. Wiara oddycha. Miłość ma kolor. Praca ma rytm. Dopiero w dolinie trzeba pamiętać za siebie samego. Trzeba przechować w sobie wiadomość od własnego lepszego czasu: nie podejmuj decyzji o całości, kiedy widzisz tylko fragment.

Może na tym polega skromna mądrość prawa falowania. Nie obiecuje ono życia bez upadków. Nie pociesza tanio, że po każdej nocy przychodzi dzień, bo czasem noc jest długa, a poranek wygląda jak niedopłata za gaz. Nie mówi też, że każdy dołek jest ukrytym błogosławieństwem. To byłoby zbyt ładne, a życie rzadko bywa aż tak uprzejme.

Mówi raczej: nie jesteś wyjątkiem od rytmu świata. Nie jesteś zepsuty tylko dlatego, że nie potrafisz stale być rozpalony. Nie musisz mylić chwilowej ciemności z prawdą absolutną. Nie musisz urządzać się w spadku, jakby był twoim mieszkaniem komunalnym przydzielonym na zawsze.

Możesz przeczekać. Możesz iść wolniej. Możesz nie ufać każdemu głosowi, który odzywa się w tobie, kiedy jesteś głodny, zmęczony, samotny albo rozczarowany. Możesz odmówić znieczulenia, które udaje ratunek. Możesz zrobić jedną małą rzecz, która nie wygląda efektownie, ale podtrzymuje ciągłość człowieka.

Bo życie naprawdę przypomina jazdę kolejką górską, choć to porównanie jest trochę zbyt rozrywkowe. W kolejce przynajmniej wiadomo, że ktoś sprawdził śruby, trasa jest zaplanowana, a po wszystkim można kupić zdjęcie z własną przerażoną twarzą. W życiu nikt nam nie pokazuje mapy przejazdu. Nie wiemy, ile potrwa zjazd ani kiedy wróci wzniesienie.

Ale może nie musimy wiedzieć wszystkiego.

Może wystarczy pamiętać, że fala nie jest zdradą morza. Jest jego sposobem istnienia.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej