Papierówki. Bajka o Skurzybucie, który rozmawiał z jabłkami

Za stodołą kiedyś był sad.

Nie taki z katalogu, gdzie każde drzewo ma tabliczkę, numer, odmianę i opis zapisany ładnym drukiem, żeby człowiek, zanim zje owoc, wiedział już, co właściwie ma myśleć o jego smaku. To był sad zwyczajny. Wiejski. Trochę zaniedbany. Taki, który nie potrzebował nazwy, bo wszyscy wiedzieli, że jest za stodołą, a skoro jest za stodołą, to po co jeszcze dokładać do niego słowa.

Zostały po nim dwa rzędy jabłoni.

W pierwszym rosły papierówki, zielone, jasne, kruche, z tą swoją przedwczesną gotowością do spadania. W drugim stały późnojesienne, których odmian nikt już nie pamiętał. Skurzybut nazwał je kiedyś czerwonymi promieniami, bo gdy dojrzewały, ich skórka barwiła się promieniście, jakby w każdym jabłku zatrzymał się mały zachód słońca. Nazwa się nie przyjęła. Ludzie nie lubią nazw nadawanych bez urzędu. Mówili więc po prostu: „te drugie”.

Teraz między drzewami pasły się krowy.

ilustracja Papierówki Skurzybut

Chodziły powoli, z powagą stworzeń, którym nigdy nie przyszło do głowy, że świat może wymagać metafizyki. Żuły trawę, machały ogonami, odpędzały muchy, zostawiały po sobie mokre, ciemne placki i w ten sposób uczestniczyły w wielkim obiegu materii, choć bez żadnego filozoficznego zaangażowania.

Było w tym coś pocieszającego.

Krowa nie udaje, że wie więcej, niż wie.

A wie niewiele.

Skurzybut przyszedł do sadu z koszykiem.

Był lipiec. Poranek jeszcze nie zdążył stać się upałem, ale już miał taki zamiar. Trawa była mokra od rosy, powietrze pachniało zielonym jabłkiem, ciepłą ziemią i sianem, które od kilku dni leżało w stodole, spokojnie przesychając, jakby nie miało już nic wspólnego z łąką, skąd je zabrano.

Skurzybut schylał się po papierówki, które spadły przed czasem. Jedne były tylko lekko obite. Inne pęknięte. Jeszcze inne miały brązowe plamki, niewielkie ranki, ślady uderzenia o ziemię.

Nie wyrzucał ich.

Z papierówkami było jak z ludźmi: rzadko która dochodziła do doskonałości bez obtłuczeń. Zresztą do kompotu najlepiej nadawały się właśnie takie. Jeszcze twarde, ale już zranione. Jeszcze kwaśne, ale zapowiadające słodycz. Skurzybut zaprawiał je
w litrowych słojach w całości, bez obierania, bo
w skórce zostawała goryczka. A bez goryczki słodycz robiła się podejrzana.

Schylał się więc i zbierał.

Jedno jabłko.

Drugie.

Trzecie.

W sadzie panowała cisza, ale niezupełna. Zupełna cisza zdarza się tylko tam, gdzie nic już nie żyje albo gdzie człowiek przestał słuchać. Tu słychać było muchy, krowie oddechy, dalekie stukanie czyjegoś młotka, skrzypienie starej deski w stodole,
a pod tym wszystkim – bardzo nisko, jakby nie
w powietrzu, lecz w ziemi – ledwie uchwytną pracę korzeni, robaków, bakterii i tego całego drobiazgu świata, który bez tytułów naukowych i bez modlitw robi swoje.

Nie było w tym nic mistycznego.

Ot, zwykła biologia.

Wtedy jedna papierówka spadła prosto do pustego wiadra stojącego pod drzewem.

Metal zadźwięczał ostro.

Skurzybut wyprostował plecy. Nie dlatego, że się przestraszył. Jabłka spadają z drzew, a wiadra dzwonią, gdy coś do nich wpadnie. Takie są ich właściwości i trudno mieć do nich pretensje.

Tylko że nie było wiatru.

Liście stały nieruchomo. Nawet krowy przez chwilę przestały machać ogonami, jakby coś w tym dźwięku również im wydało się nie na miejscu.

Skurzybut podszedł do wiadra.

Papierówka leżała na dnie, cała, jasna, z jedną małą plamką przy ogonku. Wyglądała niewinnie. Jabłka mają tę przewagę nad ludźmi, że nawet kiedy spadają, zachowują pozór niewinności.

– No i czego dzwonisz? – powiedział Skurzybut.

Jabłko nie odpowiedziało.

Słusznie.

Wyjął je z wiadra, obejrzał i wrzucił do koszyka. Potem znowu się schylił.

 *

Miał już prawie pełen kosz, kiedy zza stodoły wyszedł Młody Dziub.

Wołali go Młody, bo stare Dziuby poumierały.

Nie było w tej nazwie czułości. Raczej porządek ewidencyjny, który wieś stosuje wobec ludzi, dopóki nie wymyśli czegoś bardziej kąśliwego. Stary Dziub, Dziubowa, ten średni Dziub, a potem już tylko Młody, bo po co człowiekowi imię, skoro i tak niesie na plecach nazwisko, gospodarstwo, ojcowskie błędy, matczyne milczenie i kilka krów, które trzeba doić rano
i wieczorem.

Gadali, że stare Dziuby wypiła wódka.

Tak mówiono, bo wódka jest wygodnym wyjaśnieniem. Ma szyjkę, korek, cenę, sklep, zapach
i kolor. Można ją postawić na stole i powiedzieć: oto winowajca. Gorzej z ludzką zgryzotą. Ta nie ma etykiety. Nie wiadomo, gdzie ją kupiono, kto nalał pierwszy kieliszek i dlaczego jednemu wystarczy do śmierci, a drugi przejdzie obok niej, otrzepie spodnie i pójdzie dalej.

Młody Dziub stanął na skraju cienia.

Był chudy, choć nie tak chudy, żeby ktoś miał powód się zmartwić. Blady, ale ludzie na wsi bywają bladzi z różnych powodów: od pracy, od niewyspania, od papierosów, od tego, że zimą słońca mało, a latem zmartwień dużo. Miał na sobie koszulę z krótkim rękawem, rozpiętą pod szyją, i spodnie, które trzymały się bardziej pamięcią paska niż paskiem.

Patrzył na Skurzybuta uważnie, ale bez natarczywości.

– Zbierasz? – zapytał.

– A widzisz, żebym tańczył? – odpowiedział Skurzybut.

Dziub kiwnął głową.

Przez chwilę stali tak we dwóch: jeden z koszykiem, drugi z pustymi rękami. Między nimi leżała trawa, kilka jabłek i cień starej papierówki. Z daleka ktoś zawołał na psa. Pies nie odpowiedział, bo psy na ogół nie odpowiadają ludziom, tylko wykonują własne komentarze do świata.

– Przyszedłem się pożegnać – powiedział Młody Dziub.

Skurzybut spojrzał na niego krótko.

Bywają zdania, które od razu powinny zatrzymać powietrze. Powinny przewrócić wiadro, zamknąć pysk psu, zgasić słońce na płocie i kazać człowiekowi chwycić drugiego za rękaw. Ale najczęściej brzmią zwyczajnie. Wpadają między inne zdania. Między „zbierasz?”
a „gorąco będzie”. Między koszyk a drogę. Między oddech a oddech.

– Co ty pierdolisz – powiedział spokojnie Skurzybut. – Całe życie przed tobą.

Młody Dziub uśmiechnął się tak, jakby usłyszał odpowiedź poprawną, ale nie na to pytanie.

– No – powiedział. – Przed człowiekiem zawsze coś jest.

I poszli razem w stronę drogi.

Nie spieszyli się. Skurzybut niósł koszyk, Dziub szedł obok. W ich naturze było nie nadużywać słów. Zresztą słowa na wsi trzeba było oszczędzać. Nie dlatego, że ich brakowało, ale dlatego, że raz wypowiedziane zbyt często zostawały potem na lata. Leżały na progu, siedziały w studni, przyczepiały się do płotu, przechodziły z ojca na syna i trudno je było wygonić nawet święconą wodą.

Minęli stodołę, starą gruszę i miejsce, gdzie kiedyś stał chlewik.

– Krowy doiłeś? – zapytał Skurzybut.

– Jeszcze nie.

– To wydoisz.

– Wydoję.

Szli dalej.

– A siano masz sprzątnięte?

– Mam.

– To dobrze.

Dziub znowu się uśmiechnął.

Nie było w tym uśmiechu nic strasznego. To właśnie potem najbardziej dręczyło Skurzybuta. Gdyby Dziub zapłakał, krzyknął, rzucił się na ziemię, powiedział coś wielkiego, ciemnego, niezrozumiałego – można by było rozpoznać nieszczęście po stroju. Ale ono przyszło ubrane zwyczajnie. Miało letnią koszulę, chude ręce i mówiło o krowach.

Kiedy doszli do wiejskiej drogi, Dziub zatrzymał się.

– To ja już pójdę do siebie – powiedział.

Wyciągnął rękę.

Skurzybut przełożył koszyk na drugą stronę i uścisnął mu dłoń. Ręka Dziuba była sucha, chłodna, zaskakująco lekka. Tak lekka, jakby już od jakiegoś czasu nie należała całkiem do niego.

– Przyjdź wieczorem – powiedział Skurzybut. – Otworzę słoik zeszłorocznych. Zobaczysz, dobre jeszcze.

– Przyjdę kiedyś – odpowiedział Dziub.

I poszedł.

Skurzybut patrzył za nim przez chwilę.

Za krótką.

Potem ruszył w swoją stronę.

Wtedy z koszyka wypadła jedna papierówka.

Uderzyła o drogę i pękła. Nie wysoko. Nie gwałtownie. Tylko tyle, żeby spod jasnej skórki wyszedł biały, mokry miąższ. W środku pestki leżały jak małe ciemne przecinki.

Skurzybut podniósł głowę.

Dziub był jeszcze w zasięgu głosu.

Skurzybut otworzył usta.

I zamknął.

– Głupie jabłko – mruknął.

Wrzucił pękniętą papierówkę do rowu.

Potem jeszcze wiele razy wracał do tego ruchu. Nie od razu do słów Dziuba. Nie od razu do uśmiechu. Najpierw właśnie do jabłka. Do tego, jak lekko poleciało w trawę.

*

Skurzybut wrócił do domu i zabrał się do papierówek.

Umył je w misce. Woda zrobiła się zielonkawa od pyłu, skórki i soku. Na stole ustawił litrowe słoje, każdy dokładnie wyparzony, bo w sprawach przetworów Skurzybut był człowiekiem surowym. Można było mieć wątpliwości wobec wieczności, wobec państwa, wobec ludzkiej duszy i wobec sensu pisania wierszy, ale słoik musiał być czysty.

Wkładał jabłka ciasno.

Jedno obok drugiego.

Potem zalewał je syropem.

Słodkim, ale nie za słodkim.

W kuchni pachniało lipcem na zimę. To jest osobny zapach. Nie jabłek tylko, nie cukru, nie gorącej wody. Raczej ludzkiej próby oszukania czasu. Człowiek wkłada lato do słoja, zakręca, odwraca do góry dnem i udaje, że coś ocalił. W grudniu otworzy, zje dwa jabłka po obiedzie i powie: jakie dobre. A przecież nie lato je. Tylko jego dowód rzeczowy.

*

Przyszła Cebulowa po sól.

Nie dlatego, że naprawdę potrzebowała soli. Sól była pretekstem uczciwym, powszechnie uznanym
i niewymagającym rozwijania. Człowiek przychodzi po sól, a wychodzi z cudzą wiadomością.

– Widziałeś Młodego Dziuba? – zapytała.

– Widziałem.

– Dziwny jakiś ostatnio.

– Dziuby zawsze były dziwne.

– Niby tak. Ale teraz bardziej.

Skurzybut wsypał jej sól do papierowej torebki.

– Krowy u niego wczoraj ryczały do późna – powiedziała Cebulowa.

– Krowy ryczą, jak chcą żreć albo dojenia.

– Ludzie też ryczą, jak czegoś chcą. Tylko ciszej.

Powiedziała to niespodziewanie mądrze, jakby na chwilę przemówił przez nią jakiś cudzy, podziemny rozsądek. Zaraz jednak zwinęła torebkę, wsadziła ją pod pachę i wróciła do swojej zwyczajności.

– No nic – powiedziała. – Trzeba żyć.

Ludzie bardzo lubią to zdanie.

Trzeba żyć.

Mówią je przy chorobie, przy pogrzebie, przy rachunku za prąd, przy zdradzie, przy wojnie, przy pustym garnku i przy cudzym nieszczęściu, które podeszło zbyt blisko płotu. Zdanie jest rozsądne. Dlatego bywa okrutne.

Skurzybut zakręcił kolejny słoik.

Po południu zrobiło się gorąco.

Muchy chodziły po szybie. Krowy przeniosły się pod cień. Na drodze kurz leżał nieruchomo, jakby nawet jemu nie chciało się już podróżować. Skurzybut wyniósł słoje do komory i ustawił je na półce. Stały tam równo, jasne, zielonkawe, zamknięte. Małe lipce
w szkle.

Pomyślał o Dziubie.

Nie bardzo. Tylko tyle, ile człowiek myśli o kimś, z kim rozmawiał rano i kogo może zobaczyć wieczorem. Zresztą miał jeszcze robotę. Trzeba było naprawić skobel w furtce, przynieść wody, przestawić drabinę, sprawdzić, czy kura znowu nie zrobiła sobie gniazda w sianie.

Życie jest znakomite w zagłuszaniu znaków.

*

Pod wieczór krowy u Dziuba zaczęły ryczeć.

Najpierw jedna.

Potem druga.

Potem wszystkie naraz, długo, przeciągle, z tym tępym zwierzęcym żalem, który może znaczyć wszystko albo nic. Skurzybut stał przy furtce i słuchał. Jeszcze wtedy można było powiedzieć: krowy są głodne. Można było powiedzieć: zapomniał wydoić. Można było powiedzieć: zaspał, poszedł gdzieś, wypił, wróci, zaraz wróci.

Ludzie mają pod ręką dużo zdań ratunkowych. Więcej niż wiader, więcej niż talerzy, więcej niż modlitw.

Od strony drogi szli już sąsiedzi.

Borowiec pierwszy, bo miał najbliżej. Za nim Pyra, potem Cebulowa z chustką zawiązaną za mocno pod brodą. Skurzybut ruszył za nimi.

Nikt nie biegł.

To też potem zapamiętał.

Nikt nie biegł.

Jakby wszyscy bali się przyspieszyć, bo przyspieszenie mogłoby oznaczać, że wiedzą, po co idą.

Do stodoły wszedł Borowiec.

Wyszedł po chwili.

Zdjął czapkę.

I wtedy wszystko stało się jasne, choć nikt jeszcze niczego nie powiedział.

Nie trzeba było mówić.

Stał więc Borowiec bez czapki, Pyra patrzył
w ziemię, Cebulowa przycisnęła ręce do ust, a krowy ryczały dalej, bo krowy nie uznają ludzkiej tragedii za wystarczający powód do zmiany własnego rozkładu dnia.

– Jezus Maria – powiedziała w końcu Cebulowa.

To było wszystko.

Wieczór nie zatrzymał się.

Słońce zeszło niżej. Kurz na drodze zrobił się złoty. Muchy dalej chodziły po szybach. W stodole pachniało sianem. Tym świeżym, dopiero co sprzątniętym ze skoszonej łąki. Zapach był tak piękny, że aż nieprzyzwoity.

Skurzybut pomyślał, że świat czasem zachowuje się bez taktu.

Człowiek umiera, a siano pachnie.

Ktoś płacze, a zupa stygnie.

Serce pęka, a kura znosi jajko.

Potem przyszły zdania.

Zawsze przychodzą.

– Po Dziubach to chodziło.

– Mówiłam, że dziwny.

– Sam był.

– Matki nie miał, ojca nie miał, gospodarstwo go zjadło.

– Trzeba było kogoś posłać.

– A kogo?

– Każdy ma swoje.

– Wódka pewnie.

– Jaka wódka, trzeźwy był od Zielonych Świątek.

– To jeszcze gorzej.

– Nie gadaj tak.

– A jak gadać?

Skurzybut stał pod ścianą stodoły i słyszał każde słowo, ale żadne nie wchodziło do niego od razu.
W środku miał jedno zdanie, powiedziane rano na skraju sadu:

Przyszedłem się pożegnać.

Dopiero teraz usłyszał je naprawdę.

Nie jako dziwactwo. Nie jako młodzieńczą przesadę. Nie jako zdanie, które można przykryć szorstkim żartem. Usłyszał je takie, jakie było: ostatni most rzucony przez człowieka, który stał już po drugiej stronie rzeki, ale jeszcze przez chwilę patrzył, czy ktoś zauważy.

Skurzybut nie zauważył.

Nie on jeden.

To była jedyna pociecha i żadna pociecha.

Noc przyszła wolno.

We wsi długo paliły się światła. Ludzie lubią światło po cudzej śmierci. Czują się wtedy mniej winni. U Dziuba ktoś doił krowy. Ktoś inny siedział przy stole. Ktoś pojechał po księdza albo po rodzinę, jeśli jeszcze jakaś rodzina nadawała się do wezwania. Skurzybut wrócił do siebie późno.

W kuchni pachniało kompotem.

Słoje stały w komorze, ale zapach został. Słodki, ciepły, lepki. Skurzybut usiadł przy stole. Nie zapalił lampy. Przez okno widział tylko kawałek podwórka, ciemną ścianę stodoły i jaśniejszą plamę drogi. Siedział tak długo, aż noc weszła do kuchni i usiadła naprzeciwko niego jak ktoś cierpliwy.

Nie modlił się.

Nie dlatego, że nie umiał. Umiał. Człowiek ze wsi zawsze coś umie z modlitwy, nawet jeśli potem całe życie udaje przed sobą, że nie wierzy. Ale tym razem słowa wydały mu się zbyt porządne. Miały początek, środek i koniec. A to, co się stało, nie miało żadnego porządku.

*

Nad ranem obudził go dźwięk.

Krótki.

Tępy.

Jakby coś spadło na próg.

Skurzybut otworzył oczy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Tak bywa po nocy, w której człowiek właściwie nie śpi, tylko leży obok własnych myśli i czeka, aż któraś przestanie się ruszać. Wstał, narzucił koszulę, poszedł do drzwi.

Na progu leżała papierówka.

Jedna.

Obita z boku. Z cienką kreską pęknięcia. Trochę brudna od ziemi, jakby przetoczyła się przez podwórko, choć podwórko było równe, a drzwi zamknięte.

Skurzybut podniósł ją ostrożnie.

Była chłodna.

Nie jak owoc przyniesiony z komory. Nie jak jabłko z koszyka. Chłodna jak rzecz, która długo leżała na dworze i czekała, aż ktoś wreszcie otworzy.

– Skąd ty tu? – zapytał.

Papierówka milczała.

Słusznie.

Skurzybut zamknął drzwi i usiadł z jabłkiem przy stole. Świt dopiero zaczynał rozjaśniać okno. Świat robił się niebieskawy, wilgotny, jeszcze niegotowy na ludzi. To najlepsza pora dla rzeczy, które nie chcą być od razu wyjaśnione.

Patrzył na jabłko długo.

Było w nim wszystko, czego nie zatrzymał rano: dźwięk wiadra, droga, chłodna ręka Dziuba, krowy ryczące w oborze, Borowiec bez czapki, Cebulowa z solą pod pachą, wieczorne zdania, które próbowały naprawić to, czego nie dało się już naprawić.

Jabłko nie wyjaśniało niczego.

Leżało.

I to wystarczało.

Nie było w tym nic mistycznego.

A może właśnie było.

Skurzybut nie rozstrzygał.

*

Po południu poszedł do sadu.

Ludzie byli zajęci Dziubem, pogrzebem, krowami, papierami, komentarzami i własnym lękiem, że coś podobnego może kiedyś podejść także pod ich drzwi. Sad stał cicho. Krowy zabrano na inne pastwisko. Pod papierówkami leżały kolejne jabłka. Zwykłe, zielone, jasne, obite. Jakby noc niczego nie zmieniła.

Skurzybut ukląkł pod drzewem, pod którym rano dzwoniło wiadro.

Nie klękał modlitewnie. Raczej praktycznie, żeby podnieść owoce. Ale kiedy człowiek klęczy, ziemia nie pyta o intencje. Przyjmuje kolana tak samo: wierzące, niewierzące, zmęczone, winne.

Zebrał kilka papierówek.

Jedną odłożył osobno.

Tę z progu.

Nie włożył jej do słoja. Nie wyrzucił. Nie zjadł. Położył ją na parapecie w komorze, między pustą butelką po occie a starą miarką do cukru.

Leżała tam przez kilka dni.

Najpierw lekko pożółkła. Potem zbrązowiała przy pęknięciu. Potem zaczęła mięknąć. W końcu pojawiły się muszki. Skurzybut patrzył na nią codziennie
i niczego nie poprawiał.

Rozkład jest uczciwszy niż pamięć.

Nie udaje, że zachowuje całość.

*

Pogrzeb Młodego Dziuba odbył się w sobotę.

Przyszło dużo ludzi, bo na pogrzeby przychodzi się również po to, żeby sprawdzić, kto przyszedł. Kobiety płakały trochę, mężczyźni stali sztywno, dzieci patrzyły z ciekawością, której nikt im jeszcze nie zdążył porządnie obrzydzić. Ksiądz powiedział słowa ostrożne. Tak ostrożne, że prawie nic nie powiedział. Może słusznie. Są sprawy, przy których nadmiar pewności jest nieprzyzwoity.

Skurzybut stał z tyłu.

Nie dlatego, że nie chciał podejść bliżej. Raczej dlatego, że bliżej stali ci, którzy mieli większe prawo do żalu albo lepsze miejsce w społecznej geometrii śmierci. On miał tylko jedno zdanie, którego nie usłyszał w porę.

Po wszystkim ludzie rozeszli się powoli.

Ktoś powiedział, że trzeba będzie coś zrobić z gospodarstwem. Ktoś inny, że krowy już wzięte. Ktoś trzeci, że szkoda chłopaka. Cebulowa płakała, ale tak, jak płacze się także nad własnym strachem. Borowiec zapalił papierosa i patrzył w stronę lasu.

Skurzybut wrócił przez sad.

Nie musiał. Droga była dłuższa. Ale poszedł tamtędy.

Pod papierówką leżało jedno świeże jabłko.

Ani więcej, ani mniej.

Podniósł je.

– Dobra – powiedział cicho. – Słyszę.

Nie wiedział, do kogo mówi. Do drzewa. Do Dziuba. Do siebie. Do tych wszystkich małych ciemnych przecinków ukrytych w jabłku, z których mogłyby wyrosnąć nowe drzewa, gdyby świat miał cierpliwość większą od ludzi.

Jesienią liście opadły.

* 

Zimą słoje z papierówkami stały w piwnicy, ustawione równo na półce. W jednym z nich owoce przybrały kolor starego światła. Skurzybut otworzył go po niedzielnym obiedzie.

Nie było żadnej uroczystości.

Talerz po ziemniakach, nóż, widelec, kawałek obrusa z plamą, za oknem śnieg, w piecu czerwone oko żaru.

Wyjął jedną papierówkę łyżką.

Rozpadła się trochę przy dotknięciu.

Włożył ją do ust.

Była słodka.

I gorzka.

Dokładnie tak, jak powinna.

Dawniej powiedziałby przy tej okazji coś filozoficznego. Że papierówki smakują jak życie. Że w słodyczy musi być gorycz, bo inaczej człowiek zgłupieje od cukru. Że natura zna proporcje lepiej od ludzi. Powiedziałby to może nawet ładnie, z tym swoim spokojem człowieka, który potrafi znaleźć sens tam, gdzie inni znajdują tylko kompot.

Tym razem nic nie powiedział.

Bo zdania też trzeba umieć oszczędzać.

Siedział przy stole i jadł powoli. Za oknem śnieg zasypywał drogę. Sad był niewidoczny. Stodoła stała czarna, cicha, przysypana zimą. Krowy dawno przeniesiono. Gospodarstwo Dziuba miało już nowego użytkownika, bo ziemia nie lubi długo czekać na ludzką rozpacz.

Wieś mówiła o sprawie coraz rzadziej.

Potem prawie wcale.

Potem tylko czasem, gdy ktoś wracał z pogrzebu albo gdy latem papierówki zaczynały spadać za stodołą.

Skurzybut pamiętał.

Ale nie ufał swojej pamięci.

Dlatego każdego lipca szedł do sadu i czekał, aż pierwsze jabłko spadnie.

Nie zawsze słyszał dźwięk. Czasem spadało miękko w trawę. Czasem obijało się o gałąź. Czasem rozbijało o twardą ziemię. Czasem znajdował je dopiero rano, z małą brunatną plamką od uderzenia.

Nigdy nie miał pewności, czy to znak.

I dobrze.

Pewność byłaby zbyt łatwa. Zamieniłaby Dziuba w opowieść, opowieść w morał, morał w wygodne zdanie do powtarzania przy stole. A to był przecież człowiek. Chudy, blady, z chłodną ręką. Człowiek, który pewnego lipcowego ranka wyszedł zza stodoły i powiedział, co miał powiedzieć.

Skurzybut usłyszał za późno.

Od tamtej pory słuchał jabłek.

Nie dlatego, że wierzył, iż mówią.

Nie był aż tak głupi.

Ani dlatego, że nie wierzył.

Nie był aż tak mądry.

Słuchał, bo rzeczy czasem wiedzą, kiedy człowiek powinien zamilknąć.

A papierówki spadały dalej.

Rok po roku.

Kwaśne, słodkie, zielone, obite, przedwczesne.

Jak życie, które nie czeka, aż dojrzejemy do jego znaków.

* 

Na końcu lipca, kiedy upał przycisnął wieś do ziemi, Skurzybut znalazł pod papierówką jedno jabłko zupełnie zdrowe.

Bez plamki.

Bez pęknięcia.

Bez śladu uderzenia.

Leżało w trawie tak lekko, jakby nie spadło, tylko zostało położone.

Podniósł je, otarł o rękaw i długo trzymał w dłoni.

Potem położył z powrotem.

Nie wszystko, co spada, trzeba od razu podnosić.

Nie wszystko, co boli, trzeba od razu objaśniać.

Nie wszystko, co człowiek raz przeoczył, da się naprawić.

Skurzybut postał jeszcze chwilę pod drzewem. Nad sadem krążyły muchy. W trawie pracowały mrówki. W ziemi poruszały się niewidzialne stworzenia, cierpliwe, ślepe, zajęte swoimi sprawami. Z dala dobiegł głos dziecka, potem szczekanie psa, potem metaliczny dźwięk wiadra.

Taki sam jak wtedy.

Skurzybut zamknął oczy.

Nie zobaczył Obłoku Magellana.

Nie musiał.

Tego dnia wystarczyła mu papierówka.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej