Demokracja bez sprawczości
Człowiek współczesny budzi się rano i zanim zdąży pomyśleć, czy naprawdę chce żyć, już jest zalogowany: do aplikacji, banku, pracy, skrzynki mailowej i własnego zmęczenia. Nie potrzeba już krat ani strażników. Wystarczy PIN, rata kredytu, regulamin, grafik w Excelu, kolejka do lekarza, kampania wyborcza i łagodny głos eksperta tłumaczącego, że rozsądni ludzie nie zadają takich pytań.
Technologia jest tylko nową klawiaturą starej maszyny. System działa głębiej: przez pracę, lęk o przyszłość, ceny mieszkań, rachunki, język polityki, format debaty i obietnice, które zawsze mają być ostatnie, przełomowe i historyczne.

Człowiek zostaje w to wpisany wcześniej, niż zdąży powiedzieć, kim jest.
Dostaje numer, obowiązki, kilka lęków w pakiecie startowym i raz na kilka lat kartkę wyborczą, żeby nie zapomniał, że jest suwerenem. To chwila uroczysta: przez moment może poczuć, że system należy do niego. Suweren przemówił. System uprzejmie odnotował.
Potem człowiek wraca do domu. W poniedziałek idzie do pracy. Rachunki nie znikają, kredyt nie znika, kolejka do specjalisty nie znika, a samotność nie rozpuszcza się w urnie wyborczej.
Tu zaczyna się najważniejsze oszustwo współczesnej polityki. Nie w tym, że wybory nic nie znaczą – znaczą. I nie w tym, że demokracja jest fikcją – nie jest. Problem jest subtelniejszy: człowiek dostaje prawo wyboru, ale coraz rzadziej realną władzę nad własnym życiem.
Może wybrać partię, ale nie wybiera cen mieszkań, choroby, inflacji, globalnych rynków ani tysięcy procedur, które codziennie decydują o jego wolności skuteczniej niż billboard z hasłem o godności.
Dlatego polityka tak chętnie udaje religię: obiecuje zbawienie, a dostarcza zarządzanie.
Człowiek słucha tych obietnic, bo musi czegoś słuchać. Nie da się żyć samą wiedzą, że będzie tak samo, tylko trochę inaczej. Potrzebuje nadziei – nawet jeśli przeczuwa, że nadzieja bywa narzędziem tresury.
Populizm, czyli prawda z haczykiem
I wtedy przychodzi populizm. Nie zawsze w ciężkich butach. Czasem mówi pięknie, trafnie diagnozuje i bardzo przekonująco okazuje troskę o zwykłego człowieka. Najgroźniejszy populizm nie kłamie od początku do końca. Najpierw mówi prawdę.
Mówi: jesteś zmęczony, niewysłuchany, twoja praca nie daje bezpieczeństwa, państwo nazywa cię obywatelem, a traktuje jak koszt, klienta albo głos w statystyce.
To wszystko często jest prawdą.
Dopiero potem zaczyna się trucizna: wskazanie prostego winnego i obietnica prostego wyjścia. Populizm nie mówi: będzie trudno, trzeba naprawiać instytucje i godzić sprzeczne interesy. To byłoby uczciwe, więc oczywiście nie nadaje się na kampanię.
Populizm mówi: oddajcie nam władzę, a my oddamy wam życie.
Najokrutniejsze w tej obietnicy jest to, że odpowiada na prawdziwy głód. Człowiek chce przestać być trybikiem, petentem, numerem, pracownikiem do wymiany. Chce usłyszeć, że jego zmęczenie nie jest prywatną porażką, a jego bezradność ma przyczyny.
A potem populizm sprzedaje fałszywe wyjście.
Człowiek, który miał zostać wyzwolony z systemu, często zostaje tylko przeniesiony do innego działu tej samej maszyny. Zmieniają się twarze, hasła i dekoracje, ale codzienny los nadal pozostaje zadaniem do wykonania. Ma pracować, płacić, dostosować się, bać właściwych rzeczy i nienawidzić właściwych ludzi. Wyzwolenie, jak się okazuje, bywa tylko zmianą kierownika zmiany.
W tym sensie populizm nie jest buntem przeciw systemowi, lecz jedną z jego najbardziej uwodzicielskich form.
Różne systemy mówią różnymi językami: radź sobie, wypełnij formularz, kup rozwiązanie, zaufaj ekspertom albo oddaj nam gniew, a zrobimy z niego władzę. Każdy czegoś chce od człowieka. Żaden nie oddaje mu życia w całości.
Kto ustawia nam okno na świat
System polityczny nie działa sam. Potrzebuje języka, obrazów i codziennego dopływu emocji. Tu wchodzą media opiniotwórcze. Nie muszą mówić człowiekowi, co ma myśleć. Wystarczy, że codziennie ustawiają mu pole widzenia.
Pokazują, które sprawy są poważne, które emocjonalne, które odpowiedzialne, a które podejrzane. To ogromna władza: władza nad ramą.
Media bywają kontrolerami systemu i bez nich demokracja szybko zaczyna śmierdzieć jak zamknięty pokój, w którym wszyscy zapewniają, że wentylacja działa znakomicie. Ale bywają też częścią systemu, który opisują: żyją z konfliktu, skrótu, wyostrzenia i kolejnego kryzysu.
Dlatego złożony problem społeczny szybko zamienia się w pojedynek dwóch obozów, a człowiek ze swoim lękiem, zmęczeniem i bezradnością staje się materiałem do kolejnej dyskusji.
Wtedy obywatel zostaje zamieniony w widza własnej bezradności. Słyszy ekspertów, polityków i komentatorów, którzy mówią o nim językiem kategorii: elektorat, klient państwa, beneficjent programu, przegrany transformacji. Każde z tych określeń coś wyjaśnia. Żadne nie wystarcza.
Bo człowiek nie żyje w kategorii. Żyje wieczorem, kiedy wraca do domu i czuje, że znowu przetrwał dzień, ale nie wie, po co. Żyje rano, kiedy sprawdza konto. Żyje w kolejce, w mieszkaniu za małym na spokojny oddech, w pracy wymagającej wdzięczności za samo to, że jest.
Można zmienić rząd i nadal czuć się bezradnym. To nie znaczy, że polityka jest nieważna. Przeciwnie: jest ważna właśnie dlatego, że tak często obiecuje więcej, niż może dać.
Po wyborach człowiek często odkrywa, że nie wyszedł z niewoli.
Zmienił się tylko administrator.
Polityka nie zbawia
To nie jest wezwanie do cynizmu. Nie chodzi o to, żeby przestać wierzyć w politykę, lecz żeby przestać wierzyć w polityczne zbawienie.
Polityka może zmniejszyć cierpienie, poprawić instytucje, ograniczyć przemoc i ochronić słabszych. Może bardzo dużo. Nie powinna jednak obiecywać, że uwolni człowieka od ciężaru bycia człowiekiem.
Tymczasem kampanie coraz częściej obiecują nie tylko rozwiązania, ale emocjonalne rozgrzeszenie: nie musisz rozumieć skomplikowanego świata, wystarczy, że rozpoznasz wroga i staniesz po naszej stronie. To obietnica, która nigdy nie zostanie spełniona.
Każda władza szybko staje się systemem – zwłaszcza ta, która przyszła go obalić. Jeśli czerpie energię z gniewu, musi ten gniew stale podtrzymywać. Potrzebuje wrogów, wyjątkowego momentu dziejowego i człowieka wzburzonego, ale niekoniecznie wolnego.
Media potrafią ten stan utrwalać, nawet gdy uważają się za jego krytyków. Jedne podtrzymują gniew ludu przeciw elitom, drugie gniew elit przeciw ludowi. Jedne uczą pogardy wobec „zdrajców”, drugie wobec „ciemnoty”. Różne słowniki, podobna funkcja: człowiek ma pozostać wewnątrz konfliktu, który ktoś za niego zaprojektował.
Bo konflikt jest wygodny. Ułatwia zarządzanie uwagą i odsuwa pytania mniej widowiskowe, ale ważniejsze. Dlaczego tak wielu ludzi pracuje bez poczucia bezpieczeństwa? Dlaczego mieszkanie stało się przepustką do normalnej biografii? Dlaczego samotność tak łatwo zamienia się w polityczny gniew?
Samotność jako paliwo systemu
I tu wraca pytanie podstawowe: czy człowiek nadaje się już tylko do obsługi systemu?
System potrzebuje go jako pracownika, podatnika, wyborcy, konsumenta, pacjenta, klienta i dostawcy emocji. Potrzebuje lęku, bo lęk dyscyplinuje. Potrzebuje gniewu, bo gniew łatwo zamienić w kapitał. Potrzebuje nadziei, bo nadzieja jest najlepszą walutą kampanii.
A do czego człowiek potrzebny jest samemu człowiekowi?
To pytanie niemal wypada z debaty, bo nie mieści się w klipie wyborczym ani telewizyjnym sporze, gdzie cztery osoby mówią naraz, a prowadzący udaje, że panuje nad rozmową.
Człowiek potrzebuje drugiego człowieka nie jako elektoratu, targetu czy przeciwnika, lecz jako świadka: kogoś, kto widzi nie tylko poglądy, ale także zmęczenie, milczenie po powrocie do domu i upokorzenie, z którego wyrasta gniew.
Dawne wspólnoty bywały duszne i opresyjne, ale trudniej było w nich zniknąć całkowicie. Dziś można pracować, płacić, głosować i komentować, a jednocześnie powoli przestawać być dla kogokolwiek realnym. Wszystko zgodnie z procedurami. Bez krzyku. Bez awarii systemu.
Polityka teoretycznie powinna temu przeciwdziałać. Coraz częściej jednak woli samotność zagospodarować niż ją leczyć. Samotny człowiek jest podatny na obietnicę wspólnoty, upokorzony – na obietnicę odwetu, zmęczony – na obietnicę prostoty.
Życia nie odzyskuje się w kabinie wyborczej
Życia nie odzyskuje się przez samo wrzucenie kartki do urny. Odzyskuje się je wolniej i mniej widowiskowo: w relacjach, w instytucjach, które nie upokarzają, w pracy, która nie mieli człowieka na pył, w mieszkaniu, w którym można oddychać, u lekarza, do którego można się dostać, w języku, który nie zamienia sąsiada w wroga.
Może więc najuczciwsza obietnica polityczna powinna brzmieć skromniej: nie zbawimy was, nie oddamy wam całego życia i nie sprawimy, że świat stanie się prosty. Ale możemy przynajmniej przestać was oszukiwać.
To prawda mało uwodzicielska. Nie ma w niej fanfar, odwetu, historycznego przełomu ani prostego winnego. Słabo wygląda na plakacie. Jeszcze gorzej w trzydziestosekundowym spocie. Ale być może właśnie od niej trzeba zacząć.
Bo jeśli człowiek ma przestać być tylko obsługą systemu, musi zobaczyć, jak często system mówi jego własnym głosem: jak jego gniew bywa wcześniej przygotowany, nadzieja zamieniona w slogan, a samotność – w elektorat.
To nie znaczy, że człowiek ma przestać wybierać.
Ma wybierać uważniej.
Ma głosować, ale nie klękać. Ma słuchać, ale nie oddawać rozumu. Ma żądać, ale nie wierzyć w cud. Bo każdy, kto obiecuje pełne wyzwolenie, prawdopodobnie szuka nowego sposobu zarządzania cudzą niewolą.
Na końcu zostaje więc człowiek: trochę zmęczony, trochę oszukany, potrzebny wszystkim i naprawdę widziany przez niewielu.
Stoi pośrodku sprawnego, hałaśliwego świata, w którym jedni każą mu pracować, drudzy kupować, trzeci głosować, a kolejni wierzyć, że jeszcze tylko jedno zwycięstwo i wszystko się odmieni.
A on przez chwilę naprawdę nie wie, czy uczestniczy w demokracji, czy tylko obsługuje kolejną wersję systemu, który nauczył się mówić do niego językiem wolności.
