Kryzys młodych mężczyzn nie jest egzotycznym problemem „męskich spraw”, lecz jednym z najczytelniejszych objawów rozpadu współczesnej drogi do dorosłości. Scott Galloway pisze o mężczyznach, ale w istocie opowiada
o całym pokoleniu, które zamiast mapy dostało ekran i instrukcję przetrwania.

Scott Galloway napisał książkę o mężczyznach. Łatwo byłoby wzruszyć ramionami i odłożyć ją na półkę z napisem „męskie sprawy” – obok krawatów, grilli, milczenia o uczuciach i starej wiary, że prawdziwy mężczyzna nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A właśnie o instrukcję tu chodzi.
Galloway stawia diagnozę niewygodną, bo uderza w kilka naszych przyzwyczajeń naraz. Pisze, że młodzi mężczyźni częściej wypadają z edukacji, nie budują trwałych relacji, nie zakładają rodzin, wpadają w samotność, uzależnienia i internetowe wspólnoty gniewu. To nie jest tylko kryzys charakteru ani „brak dyscypliny”, jak lubi powtarzać starszy świat. To awaria przejścia do dorosłości.
Dawniej dorosłość, przynajmniej w wyobrażeniu społecznym, miała prostą mapę: szkoła, praca, mieszkanie, związek, rodzina, odpowiedzialność. Jakiś awans, jakiś kredyt, jakiś stół, przy którym człowiek zaczynał mówić tonem własnego ojca, choć całe życie przysięgał, że nigdy tego nie zrobi.
Ta mapa bywała okrutna, ciasna i niesprawiedliwa. Kobiety płaciły za nią bardzo wysoką cenę. Mężczyźni także, choć przez długi czas nie umieli tej ceny nawet nazwać.
Ale mapa była.
Dziś mapa się rozmazała. Drogi wciąż istnieją, ale prowadzą w miejsca droższe, ciemniejsze i mniej pewne. Można skończyć studia i nie mieć stabilizacji. Można pracować i nie mieć mieszkania. Można być stale „połączonym” i nie mieć z kim porozmawiać. Można mieć dostęp do całej wiedzy świata, a mimo to nie wiedzieć, kim się jest i czy ktoś zauważy, jeśli któregoś dnia przestanie się wstawać.
To dotyczy całego pokolenia. Różnica polega na tym, że ten sam kryzys daje różne objawy.
Młode kobiety częściej wpadają w pułapkę perfekcyjności. Muszą być skuteczne, wykształcone, niezależne, atrakcyjne, świadome, silne, empatyczne, zadbane, odporne psychicznie i jeszcze wystarczająco naturalne, żeby ta cała starannie zarządzana konstrukcja wyglądała na spontaniczną. Media społecznościowe zrobiły z porównywania się osobną gałąź przemysłu. Dziewczyna nie porównuje się już tylko z koleżanką z klasy, lecz z całym katalogiem starannie oświetlonych istnień, które żyją w filtrze, w podróży, w ciele bez zmęczenia i w mieszkaniu bez śladów codzienności.
Młodzi mężczyźni częściej reagują inaczej: wycofaniem. Odpływają do gier, pornografii, memów, siłowni, kryptowalut, teorii spiskowych, krótkich filmików
i gniewnych guru. Cyfrowe plemiona dają im przynajmniej jedno – poczucie, że ktoś ich widzi. Nawet jeśli tylko po to, by sprzedać tanią wielkość, dominację albo nienawiść w abonamencie.
To jedna z najważniejszych rzeczy w diagnozie Gallowaya. Samotny młody mężczyzna nie zawsze wygląda jak ofiara. Czasem wygląda jak arogancki troll. Jak ktoś agresywny, ironiczny, nieprzyjemny. Jak człowiek, który z lekceważenia zrobił tarczę, a z pogardy ostatni dowód istnienia. Bardzo łatwo wtedy powiedzieć: nie ma o czym rozmawiać. Sam sobie winien. Niech dorośnie.
Tyle że to zdanie jest częścią problemu.
Bo co właściwie znaczy „niech dorośnie”, jeśli świat przestał oferować sensowne rytuały dorastania? Jeśli chłopiec ma być mężczyzną, ale nikt nie umie już powiedzieć: jakim? Stary wzorzec męskości słusznie poddano krytyce – za dominację, milczenie, pogardę dla słabości i emocjonalne kalectwo. Tyle że po rozbiórce starego porządku w wielu miejscach nie zbudowano niczego nowego. Została pusta działka.
A puste działki, jak wiadomo, szybko ktoś grodzi.
I wtedy wchodzą sprzedawcy prostych odpowiedzi.
Młody człowiek słyszy: szkoła cię nie rozumie, kobiety cię odrzucają, rynek cię nie potrzebuje, kultura z ciebie kpi, a elity mówią ci, że jesteś problemem. Potem pojawia się ktoś z internetowym mikrofonem i mówi: ja cię rozumiem. Wstań. Bądź silny. Weź, co twoje. Nie przepraszaj. Oni cię okłamali.
To brzmi jak ratunek, a bywa werbunkiem.
Nie chodzi o to, by usprawiedliwiać mizoginię, przemoc czy resentyment. Chodzi o coś trudniejszego: zrozumieć, że tam, gdzie nie ma mądrych wzorców, szybko pojawiają się głupie. Tam, gdzie nie ma rozmowy, wchodzi propaganda. Tam, gdzie dorośli wzruszają ramionami, algorytm nie wzrusza nimi nigdy. Po prostu podsuwa następny film.
W tym sensie kryzys młodych mężczyzn jest kryzysem całego pokolenia oglądanym przez szczególnie wyraźną szczelinę. Bo męskość nadal, mimo wszystkich zmian, pozostaje silnie związana ze sprawczością. Mężczyzna ma „ogarnąć”. Ma pracować, zarabiać, inicjować, podjąć decyzję, zaprosić, zdobyć, utrzymać, zabezpieczyć, nie rozpaść się, nie skarżyć i najlepiej jeszcze nie zajmować sobą zbyt dużo miejsca – chyba że akurat odnosi sukces. Wtedy może.
Kiedy młoda kobieta mówi: nie daję rady, współczesna kultura coraz częściej potrafi usłyszeć w tym cierpienie. Kiedy młody mężczyzna mówi to samo, często nawet nie używa słów. Zamyka drzwi. Zakłada słuchawki. Przestaje odbierać wiadomości. Przenosi życie do pokoju, w którym świeci ekran. Z zewnątrz wygląda to jak lenistwo. W środku bywa kapitulacją.
Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo sentymentalizowania tej postaci. Nie każdy chłopak z komputerem jest ofiarą cywilizacji. Nie każdy mężczyzna, który nie radzi sobie z relacjami, został skrzywdzony przez system. Czasem człowiek bywa po prostu niedojrzały, egoistyczny, wygodny, agresywny albo rozpieszczony. Żadna diagnoza społeczna nie zwalnia jednostki z odpowiedzialności.
Ale odpowiedzialność nie powinna być wygodnym sposobem na zamknięcie rozmowy. Jeśli coraz więcej ludzi w podobnym wieku, podobnej sytuacji
i podobnym środowisku doświadcza podobnych problemów, to znaczy, że obok biografii działa mechanizm. A mechanizmy mają to do siebie, że pracują cicho – aż któregoś dnia wszyscy udają zaskoczonych.
Dorośli lubią pytać młodych, dlaczego nie zakładają rodzin. To pytanie brzmi rozsądnie tylko do chwili, gdy spojrzy się na ceny mieszkań, niepewność pracy, kruchość relacji i kulturę, która zamieniła intymność w rynek wzajemnej oceny. Dawniej zapraszało się kogoś na spacer. Dziś najpierw trzeba przejść przez galerię profili, zdjęć, strategii, lęków i niewypowiedzianych rankingów. Miłość zawsze była trudna. Teraz bywa jeszcze interfejsem.
Młodzi mężczyźni przegrywają w tej przestrzeni szczególnie często, bo wielu
z nich nie ma języka bliskości. Nikt ich go nie nauczył. Uczono ich żartować, zaciskać zęby, nie płakać, nie zawracać głowy, nie być miękkim, nie być zależnym. Potem nagle oczekuje się od nich dojrzałej emocjonalności, partnerskiej komunikacji, subtelności, czułości, odpowiedzialności
i samoświadomości. Wszystko słusznie. Tylko skąd mieli to wziąć?
Z internetu?
Internet chętnie nauczy. Problem w tym, że najgłośniej uczą tam ci, którzy sami powinni jeszcze przez kilka lat siedzieć cicho i słuchać mądrzejszych.
Galloway trafnie pisze, że młodym mężczyznom potrzebni są ojcowie, mentorzy, nauczyciele, starsi koledzy, trenerzy – po prostu normalni dorośli. Nie celebryci od samorozwoju. Nie wodzowie od wstawania o piątej rano. Nie sprzedawcy testosteronu w proszku i kursów „niezależności”. Potrzebni są ludzie, którzy pokażą, że siła nie musi znaczyć dominacji, odpowiedzialność nie jest karą,
a czułość nie jest kompromitacją.
Podobnych dorosłych potrzebują także młode kobiety. One również potrzebują świata, w którym nie muszą zamieniać się w projekt do nieustannego ulepszania. Potrzebują prawa do zmęczenia, błędu, przeciętności, ciała bez filtra i życia, które nie wygląda jak oferta marketingowa. Kryzys młodych kobiet i kryzys młodych mężczyzn nie są konkurencyjnymi cierpieniami. Nie trzeba urządzać olimpiady krzywdy.
Najgorsze, co możemy zrobić, to ustawić ten temat w logice wojny płci. Wtedy młode kobiety usłyszą, że mają oddać część swojej emancypacji, bo chłopcy się pogubili. A młodzi mężczyźni usłyszą, że nie wolno mówić o ich problemach, bo historia mężczyzn była historią przewagi. Oba komunikaty są fałszywe. I oba karmią skrajności.
Prawdziwsza rozmowa zaczyna się od zdania prostego: można jednocześnie pamiętać o krzywdach kobiet i widzieć kryzys mężczyzn. Można bronić równości i pytać, dlaczego chłopcy wypadają ze szkoły. Można sprzeciwiać się mizoginii
i zauważyć, że samotność młodych mężczyzn jest realna. Można odrzucać reakcyjne fantazje o „powrocie prawdziwego mężczyzny”, a mimo to szukać nowego języka męskości.
Ten język musi być inny niż dawny. Nie może opierać się na władzy nad kobietami, pogardzie dla słabości i obowiązku wiecznego zwyciężania. Ale nie może też mówić chłopcom jedynie, kim nie wolno im być. Nie wystarczy powiedzieć: nie bądź toksyczny, nie dominuj, nie narzucaj się, nie bądź przemocowy, nie zawłaszczaj przestrzeni. To są ważne zakazy, lecz człowiek nie zbuduje tożsamości wyłącznie z zakazów. Potrzebuje także odpowiedzi pozytywnej.
Jaki może być dobry mężczyzna?
Nie idealny. Nie zwycięski. Nie zawsze pewny siebie. Dobry mężczyzna może być kimś, kto umie troszczyć się o innych i o siebie. Kto nie myli gniewu z siłą. Kto potrafi pracować, ale nie czyni z pracy jedynego dowodu własnej wartości. Kto umie być obecny. Kto nie boi się odpowiedzialności, ale też nie traktuje jej jako sceny do własnego heroizmu. Kto potrafi przeprosić bez poczucia, że stracił twarz. Kto rozumie, że dorosłość nie polega na tym, by nigdy nie upaść, lecz na tym, by nie urządzać sobie w upadku mieszkania na stałe.
To brzmi staroświecko. I może dobrze. Niektóre rzeczy powinny być trochę staroświeckie: przyjaźń, lojalność, cierpliwość, umiejętność naprawienia krzesła, rozmowy, błędu, relacji. Świat cyfrowy uczy natychmiastowej reakcji. Dorosłość wymaga zwłoki. Algorytm mówi: kliknij. Dorosłość czasem mówi: poczekaj, pomyśl, nie odpowiadaj od razu, zadzwoń jutro, wyjdź z domu, przejdź się, porozmawiaj z kimś twarzą w twarz.
Może właśnie dlatego młodzi mężczyźni są dziś tak ważnym tematem. Nie jako nowa grupa do opłakiwania. Nie jako pretekst do cofania praw kobiet. Nie jako bohaterowie konserwatywnej baśni o świecie, który rzekomo popsuł się, gdy kobiety poszły na studia. Są ważni dlatego, że ich kryzys pokazuje, co dzieje się
z człowiekiem, kiedy traci miejsce, rolę, rytuał i wspólnotę.
A to może spotkać każdego.
Galloway opisuje problem mężczyzn, bo ich samotność, edukacyjne porażki i trudności w budowaniu relacji układają się w wyraźny wzór. Tego nie wolno rozmyć ogólnym zdaniem, że „wszyscy mają trudno”.
Ale opisuje też problem całego pokolenia, bo te same siły działają na wszystkich: rozpad wspólnot, ekonomiczna niepewność, samotność, media społecznościowe, kultura nieustannej oceny, kryzys autorytetów i brak wiarygodnych dorosłych. Mężczyźni są tu jednym z najgłośniejszych alarmów, nawet jeśli często alarm ten brzmi jak cisza za zamkniętymi drzwiami pokoju.
Może więc nie powinniśmy pytać wyłącznie, co się stało z młodymi mężczyznami.
Lepiej zapytać: co stało się z dorosłością, że tak wielu młodych ludzi nie chce albo nie potrafi do niej wejść?
Dawny świat miał swoje okrucieństwa. Nowy ma swoje pustki. Między nimi stoi chłopak w słuchawkach, dziewczyna przewijająca ekran do trzeciej nad ranem, rodzice, którzy nie rozumieją, dlaczego dzieci mają wszystko i nie mają siły, oraz algorytm, który nie ma poglądów, troski ani odpowiedzialności. Ma tylko następną propozycję.
I może właśnie tu zaczyna się najtrudniejsza praca: nie przywracać starego porządku, tylko budować nowe przejścia. Takie, przez które młody człowiek przejdzie bez upokorzenia – w stronę pracy, relacji, odpowiedzialności, przyjaźni, rozmowy i wspólnoty. W stronę dorosłości, która nie jest ani więzieniem, ani konkursem, ani samotnym pokojem z ekranem.
Bo problem nie polega na tym, że młodzi mężczyźni nagle osłabli. Problem polega na tym, że świat przestał oferować im czytelną drogę, a potem udaje zdziwienie, że część z nich siada na poboczu, zakłada słuchawki
i przestaje odpowiadać.
Galloway pisze o mężczyznach.
Ale tak naprawdę pisze o pokoleniu, któremu obiecano dorosłość, a zostawiono instrukcję przetrwania.
Scott Galloway to amerykański profesor marketingu w NYU Stern School of Business, przedsiębiorca, autor bestsellerowych książek o technologii, biznesie
i współczesnym społeczeństwie oraz popularny komentator medialny, znany między innymi z podcastów Pivot i The Prof G Pod. W ostatnich latach stał się jednym z najgłośniejszych liberalnych głosów zabierających się za temat kryzysu młodych mężczyzn – bez uciekania w mizoginię, ale też bez udawania, że problem nie istnieje. W Polsce właśnie ukazała się jego książka Notatki o byciu mężczyzną, wydana przez Zysk i S-ka, w której Galloway łączy osobiste doświadczenie syna i ojca z diagnozą społeczną dotyczącą samotności, edukacyjnego odpływu, uzależnień, zaniku sprawczości i kłopotów młodych mężczyzn z wejściem w dorosłość.
