O dobrym królu, złych budżetach i gruszkach na wierzbie
Kiedy słyszymy, że państwo ma pomóc artystom, w wielu uszach natychmiast włącza się alarm. Pomóc artystom? Czyli komu właściwie?
Piosenkarzom z telewizji? Aktorom znanym z seriali? Malarzom, którzy tworzą coś tak nieoczywistego, że człowiek nie wie, czy patrzy na dzieło sztuki, czy na ścianę przed remontem? Poetom sprzedającym mniej książek, niż piekarnia sprzedaje bułek przed siódmą rano?
Samo słowo „artysta” ma dziś pecha. Z jednej strony kojarzy się z celebrytą, bankietem, czerwonym dywanem, grantem, festiwalem i wywiadem udzielanym z lekkim znużeniem. Z drugiej — z kimś podejrzanym: niby pracuje, ale jakoś tak inaczej. Nie wychodzi codziennie o siódmej, nie odbija karty, nie nosi kasku, nie ma zmiany od szóstej do czternastej. Siedzi, myśli, pisze, rzeźbi, komponuje, próbuje, gra, montuje, rysuje, poprawia. Trudno to zważyć, trudno policzyć, trudno wpisać w arkusz kalkulacyjny. A jeśli czegoś nie da się wpisać w arkusz kalkulacyjny, nowoczesne państwo zaczyna się niepokoić.

Tymczasem większość artystów nie jest celebrytami. Nie mieszka w apartamentach z widokiem na własną legendę. Żyje raczej między zleceniem a zleceniem, między projektem a projektem, między obietnicą honorarium a przelewem, który przychodzi później, niż powinien. Ma nieregularne dochody, składki i poczucie bezpieczeństwa. Jej praca bywa realna, potrzebna i społecznie użyteczna, ale nie zawsze mieści się w modelu etatu, pensji, urlopu i przewidywalnej emerytury.
W tym sensie pytanie: „czy państwo ma utrzymywać artystów?” jest trochę źle postawione. Nie chodzi bowiem o utrzymywanie artystów. Chodzi o to, czy państwo potrafi jeszcze chronić te formy pracy, które nie przypominają fabryki z XX wieku.
Artysta jest tu tylko najbardziej drażniącym przykładem. Łatwo go ośmieszyć. Łatwo powiedzieć: „Niech idzie do normalnej pracy”. Tyle że to samo zdanie można dziś powiedzieć wielu innym: freelancerowi, opiekunowi, edukatorowi, tłumaczowi, muzykowi sesyjnemu, lokalnemu animatorowi kultury, dziennikarzowi bez etatu, grafikowi, aktorce grającej w teatrze, który kocha publiczność, ale którego nie kocha księgowość. Wszystkim tym, których praca istnieje, lecz nie zawsze zostawia po sobie elegancki miesięczny pasek wynagrodzenia.
Problem zaczyna się jednak tam, gdzie zaczyna się państwo. A państwo demokratyczne ma dziś na głowie wszystko.
Ma zaspokajać oczekiwania społeczne, bo wyborcy nie żyją w abstrakcji, tylko w czynszu, rachunkach, kolejkach do lekarza i cenach w sklepie. Ma finansować zbrojenia, bo świat przypomniał sobie, że historia się nie skończyła. Ma dbać o rozwój gospodarczy, bo bez wzrostu nie będzie pieniędzy nawet na najpiękniejsze obietnice. Ma chronić klimat, ale nie może przy tym doprowadzić ludzi do rozpaczy cenami energii. Ma utrzymać szkoły, szpitale, drogi, kolej, cyfryzację, bezpieczeństwo i jeszcze spłacać długi po poprzednich obietnicach.
Do tego dochodzi starzenie się społeczeństwa, które nie jest metaforą, tylko rachunkiem. Coraz więcej ludzi będzie potrzebowało opieki, leczenia, leków i państwa, które nie udaje, że starość jest prywatnym hobby obywatela. Coraz mniej pracujących będzie utrzymywało coraz więcej zobowiązań. A politycy nadal będą musieli wyglądać w telewizji tak, jakby wszystko dało się pogodzić jednym hasłem na banerze.
Każda grupa ma swoją rację.
Emeryci mają rację, bo nie da się przeżyć godnie za pieniądze, które starczają głównie na dowód, że człowiek jeszcze żyje. Pielęgniarki mają rację. Nauczyciele mają rację. Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami mają rację. Żołnierze mają rację. Lekarze mają rację. Rolnicy mają rację. Młodzi ludzie bez mieszkań mają rację. Przedsiębiorcy duszeni składkami i kosztami energii też mają swoją rację. Artyści również mają rację.
Jeśli słuchać każdego osobno, wszyscy mają rację. Jeśli słuchać wszystkich naraz, powstaje budżet.
A budżet jest najbardziej brutalnym gatunkiem literackim, jaki wymyśliła cywilizacja. Nie ma w nim metafor ani litości. Mówi tylko: tyle mamy, tyle wydaliśmy, tyle pożyczymy, tyle będziemy udawać, że jeszcze się znajdzie.
W takiej sytuacji przyznawanie szczególnej ochrony niewielkim grupom budzi społeczny opór. Nie zawsze z głupoty. Nie zawsze z zawiści. Czasem z poczucia elementarnej niesprawiedliwości. Człowiek, który pracuje czterdzieści lat w sklepie, fabryce, magazynie albo urzędzie, słysząc o pomocy dla artystów, może zapytać: a mną kto się zaopiekuje? Kto dopłaci do mojej godności? Kto uzna mój wysiłek za wystarczająco subtelny, żeby stał się sprawą publiczną?
To pytanie jest niebezpieczne, bo jest uczciwe.
Nie wolno go zbyć pogardliwym wzruszeniem ramion. Nie wolno mówić ludziom, że nie rozumieją kultury, jeśli sami przez lata byli traktowani przez państwo jak zasób, numer, płatnik, pacjent, petent albo przypadek do odhaczenia. Społeczeństwo zmęczone nierównością nie będzie automatycznie wzruszać się losem poety. Zwłaszcza jeśli poeta wystąpi w telewizji w dobrze skrojonym płaszczu i oznajmi, że sztuka jest fundamentem wspólnoty. Może i jest. Ale czynsz też jest fundamentem. Gaz też. Wizyta u dentysty również.
Tu właśnie zaczyna się prawdziwy spór. Nie o artystów, lecz o język opieki.
Czy państwo ma pomagać grupom zawodowym osobno, tworząc kolejne wyjątki, statusy, dopłaty, dodatki i mikrosystemy ratunkowe? Czy raczej powinno przebudować całe myślenie o pracy, bezpieczeństwie i dochodzie w świecie, w którym coraz więcej ludzi żyje nieregularnie? Czy mamy łatać dziury po kolei, każdą innym kawałkiem materiału, czy wreszcie przyznać, że cały płaszcz jest już mocno przetarty?
Demokracja nie lubi takich pytań. A właściwie: nie lubi ich polityka demokratyczna, bo demokracja jako idea brzmi pięknie, dopóki nie pojawi się kalendarz wyborczy. Ten zaś jest maszyną do skracania myśli. Każe politykom myśleć nie w dekadach, lecz w sondażach. Nie w pokoleniach, lecz w konferencjach prasowych. Nie w reformach, lecz w „przekazie dnia”.
Reforma systemowa jest niewdzięczna. Przez pierwsze lata kosztuje. Przez następne boli. Efekty może zobaczyć ktoś inny — najlepiej przeciwnik polityczny, który przyjdzie po nas i uroczyście przetnie wstęgę przy naszym wysiłku. Populizm jest wygodniejszy. Obiecuje gruszki na wierzbie. To, że gruszki nigdy nie zdążą dojrzeć, nie jest wielkim problemem. Wystarczy, że ładnie wyglądają na plakacie wyborczym.
I wtedy pojawia się w człowieku pokusa bardzo stara.
A może potrzebny byłby dobry król?
Taki, który nie musi martwić się wyborami. Nie sprawdza codziennie słupków poparcia. Nie boi się, że źle dobrane zdanie w wywiadzie odbierze mu 3 punkty procentowe. Może myśleć na pokolenia. Może zbudować szkoły, szpitale, kanały, teatry, system emerytalny i jeszcze nakazać sadzenie drzew, które dadzą cień ludziom urodzonym po jego śmierci. Dobry król nie musi się podlizywać obywatelom. Wystarczy, że jest mądry, sprawiedliwy, dalekowzroczny, odporny na pochlebców, uczciwy, skromny, cierpliwy i niezbyt pazerny.
Czyli, mówiąc krótko, potrzebny byłby cud.
Historia zna wielu królów. Z dobrymi jest gorzej. A z dobrymi, którzy pozostali dobrzy, gdy nikt nie mógł ich odsunąć od władzy, jeszcze gorzej. Władza absolutna ma tę wadę, że bardzo szybko zaczyna wierzyć we własną konieczność. Najpierw mówi: „robię to dla dobra ludu”. Potem: „lud jeszcze tego nie rozumie”. Następnie: „kto się sprzeciwia, szkodzi ludowi”. Na końcu zostaje już tylko lud, który powinien być wdzięczny, że władza w ogóle pozwala mu żyć.
Można też spojrzeć w stronę Chin. To państwo, które potrafi planować długo, budować szybko i mobilizować zasoby na skalę, przy której europejskie kompromisy czasem wyglądają jak zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Chiny wydobyły setki milionów ludzi z ubóstwa, zbudowały ogromną infrastrukturę i stały się gospodarczą potęgą. Tamtejsza władza nie musi jednak co kilka lat pytać obywateli, czy nadal im się podoba.
Ale za tę skuteczność wystawiany jest rachunek.
Rachunek nie zawsze przychodzi w pieniądzach. Czasem przychodzi w wolności. W prawie do sprzeciwu. W prawie do błędu. W prawie do bycia mniejszością, która mówi władzy: nie. W prawie artysty do tworzenia rzeczy nieprzydatnych, niepokornych, niezgodnych z linią rozwoju, niepasujących do harmonogramu modernizacji.
Dobry sekretarz partii może zbudować autostradę szybciej niż demokracja. Pytanie, czy pozwoli człowiekowi stanąć przy tej autostradzie z transparentem, na którym napisano, że prowadzi ona w złym kierunku.
Demokracja jest męcząca. Jest powolna, hałaśliwa, często tchórzliwa, podatna na manipulację, uzależniona od nastrojów, zmęczona własną wolnością. Ale ma jedną przewagę nad dobrym królem i skutecznym sekretarzem: zmusza władzę, by się tłumaczyła. Nie zawsze dobrze. Nie zawsze uczciwie. Czasem bełkotliwie, arogancko, pod publiczkę. Ale jednak musi mówić, dlaczego jednym pomaga, innym odmawia, a jeszcze innych prosi, żeby poczekali do następnej kadencji.
Dlatego spór o artystów nie jest drobną awanturą o składki. Jest małym oknem na wielki problem.
Państwo przyszłości będzie musiało zdecydować, czy nadal rozumie pracę wyłącznie jako etat, produkcję, podatek i tabelę. Będzie musiało zobaczyć ludzi, którzy tworzą wartość w sposób nieregularny, kruchy, trudny do zmierzenia. Nie tylko artystów. Także opiekunów, edukatorów, ludzi kultury, małe redakcje, lokalnych animatorów, freelancerów, samotnych specjalistów od rzeczy, których nikt nie zauważa, dopóki nie znikną.
Sztuka nie jest ozdobą państwa. Nie jest wisienką na torcie, którą można zdjąć, kiedy brakuje na mąkę. Kultura jest jednym ze sposobów, w jakie społeczeństwo rozmawia samo ze sobą: pamięta, kłóci się, śmieje, wstydzi, opłakuje i próbuje zrozumieć, co mu się właściwie przydarza. Państwo bez kultury może jeszcze budować drogi. Może nawet kupować czołgi. Ale coraz trudniej będzie mu odpowiedzieć na pytanie, po co i dla kogo.
Nie znaczy to, że artysta ma dostać od państwa wszystko, czego zapragnie. Artysta także powinien znosić pytania. Także powinien tłumaczyć, czym jest jego praca, dlaczego ma znaczenie i gdzie kończy się troska publiczna, a zaczyna wygodne przyzwyczajenie do dotacji. Kultura nie staje się święta tylko dlatego, że jest kulturą. W kulturze także bywają układy, próżność, marnotrawstwo, środowiskowe samozadowolenie i zdania tak wzniosłe, że człowiek odruchowo szuka wyjścia ewakuacyjnego.
Ale z faktu, że w kulturze są nadużycia, nie wynika, że kultura jest nadużyciem.
Państwo nie powinno utrzymywać artysty jak dworskiego śpiewaka, który ma umilać władzom wieczory i od czasu do czasu napisać pieśń pochwalną. Powinno raczej stworzyć taki system bezpieczeństwa, w którym twórca nie musi wybierać między pracą a biologicznym przetrwaniem. To nie jest luksus. To pytanie o to, czy wspólnota uznaje istnienie pracy, której nie zawsze da się sprzedać natychmiast, łatwo i masowo.
Artysta niebędący celebrytą jest dziś figurą kłopotliwą. Nie przynosi państwu wielkich podatków. Nie daje politykom prostych zdjęć. Nie mieści się w haśle o innowacyjności. Nie zawsze umie sam siebie promować. Czasem jest biedny, czasem nieznośny, czasem wybitny, czasem przeciętny. Jak większość ludzi. Tyle że jego porażkę łatwiej uznać za dowód, że wybrał sobie niepraktyczne życie.
A może wybrał życie, w którym widać coś, czego państwo nie chce widzieć: że człowiek nie jest wyłącznie producentem dochodu.
Dobry król byłby rozwiązaniem prostym, gdyby istniał. Sekretarz partii byłby rozwiązaniem skutecznym, gdyby skuteczność nie miała swojej ceny. Demokracja jest rozwiązaniem męczącym, powolnym i często tchórzliwym. Ale tylko ona zmusza władzę, by tłumaczyła się z tego, komu pomaga, komu odmawia i dlaczego.
Problem nie polega więc na tym, że demokracja za dużo pyta.
Problem polega na tym, że coraz częściej odpowiada sloganem.
