Szósty anioł do spraw gospodarki wodnej. O Eufracie, Apokalipsie i świeckiej sztuce zamieniania wody w broń

Mamy do końca świata stosunek dość praktyczny. Trochę się go boi, trochę nim straszy, trochę go wypiera, a trochę wykorzystuje jako atrakcyjny nagłówek. Koniec świata bardzo dobrze klika się w internecie, zwłaszcza jeśli ma w sobie rzekę, Biblię, pustynię, tajemnicę, starożytne proroctwo i odpowiednio ponury obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję.
Wtedy wszystko wygląda poważniej. Nawet jeśli na końcu okazuje się, że za Apokalipsą stoi nie tyle smok, bestia i fałszywy prorok, ile elektrownia wodna, susza, bawełna, polityka regionalna oraz kilka ministerstw, które od lat nie mogą się porozumieć, ile komu wolno nalać do wiadra.

Eufrat wysycha.

To zdanie ma własny ciężar. Nie trzeba go doprawiać. Eufrat nie jest przecież zwykłą rzeką, przy której można urządzić grilla, zrobić selfie i wrócić do domu z poczuciem, że natura nadal działa, tylko trochę gorzej. Eufrat płynie przez wyobraźnię naszej cywilizacji: przez Mezopotamię, Babilon, Asyrię, szkolne podręczniki, religijne obrazy, mapy z dzieciństwa i opowieści o ziemi między rzekami, od których zaczęła się historia pisma, miasta, państwa, prawa i kłopoty człowieka z własną pomysłowością.

A kiedy rzeka z taką biografią wysycha, natychmiast pojawia się podejrzenie, że to nie może być tylko hydrologia.

W Apokalipsie św. Jana rzeczywiście pojawia się obraz wysychającego Eufratu. Szósty anioł wylewa czaszę na wielką rzekę, a jej wody ustępują, przygotowując drogę królom ze wschodu. Tyle tekst. Reszta należy już do interpretatorów, kaznodziejów, youtuberów, blogerów, proroków drugiego obiegu i wszystkich tych ludzi, którzy potrafią z jednego wersetu, dwóch zdjęć satelitarnych i trzech wykrzykników zbudować kompletną geopolitykę zbawienia.

Nie kpię z Apokalipsy. Byłoby to zbyt cyniczne, a poza tym niezbyt rozsądne. Apokalipsa jest jedną z najpotężniejszych ksiąg wyobraźni Zachodu. Problem zaczyna się wtedy, gdy symboliczny język końca, napisany w świecie imperiów, prześladowań i wielkich obrazów religijnych, zostaje przerobiony na internetowy komunikat meteorologiczno-polityczny. Coś w rodzaju: „Biblia przewidziała niski stan wody. Kliknij, zanim będzie za późno”.

A przecież naprawdę jest za późno. Tyle że niekoniecznie w tym sensie, w jakim lubią to opowiadać zawodowi producenci grozy.

Turcja od dekad realizuje Projekt Południowo-Wschodniej Anatolii, czyli GAP. W oficjalnym opisie to gigantyczny program rozwoju regionalnego: zapory, elektrownie wodne i inwestycje irygacyjne w dorzeczu Eufratu i Tygrysu. Ma być energia, rolnictwo, modernizacja, miejsca pracy, integracja regionu z resztą państwa. Brzmi niewinnie. A nawet postępowo. Kto mógłby być przeciwko rozwojowi, wodzie w kranie, prądowi w gniazdku i polom, które zamiast wysychać, rodzą bawełnę, zboże i warzywa?

I właśnie tu kończy się prosta legenda, a zaczyna felieton.

Bo woda ma tę nieprzyjemną cechę, że płynie. A skoro płynie, to przekracza granice. A skoro przekracza granice, natychmiast przestaje być tylko wodą. Staje się argumentem, narzędziem, zabezpieczeniem, szantażem, surowcem, ruchomą granicą i dyplomacją w stanie ciekłym. Woda spuszczona z tamy może być pomocna. Woda zatrzymana za tamą może być komunikatem. Woda, której brakuje, staje się polityką zagraniczną.

My, ludzie nowoczesności, lubimy myśleć, że wyszliśmy już z epoki znaków. Że umiemy odróżnić mit od faktu, symbol od raportu, proroctwo od zarządzania zasobami. Tymczasem wystarczy, że rzeka zacznie znikać, a wracają wszystkie stare języki. Jeden człowiek widzi zmianę klimatu. Drugi — błąd gospodarki wodnej. Trzeci — winę Turcji. Czwarty — dramat Iraku. Piąty — biblijny znak. Szósty — okazję do zrobienia filmu z ciemną muzyką i tytułem pisanym wielkimi literami.

Każdy trochę ma rację. I właśnie dlatego robi się niebezpiecznie.

Nie dlatego, że zbliża się koniec świata w wersji filmowej, z aniołami nad wyschniętym korytem i wojskami maszerującymi przez popękaną ziemię. Raczej dlatego, że świat kończy się zwykle mniej widowiskowo. Najpierw dla rolnika, który nie ma czym nawadniać pola. Dla hodowcy bawołów wodnych, którego bagno wysycha. Dla dziecka w Basrze, które pije złą wodę. Dla pszczelarza, któremu znikają rośliny. Dla rodziny, która porzuca wieś i jedzie do miasta, gdzie też nie ma już miejsca, pracy ani cierpliwości.

To nie jest symbol. To infrastruktura codziennego cierpienia.

Ale rzeczywistość, żeby było trudniej, nie chce być ani czystą apokalipsą, ani czystym reportażem. Zdarza się, że po latach suszy mokradła zaczynają odżywać dzięki deszczom, większym rezerwom i uwolnieniu wody. Tam, gdzie była spękana ziemia, wracają czółna, bawoły, ryby, trzciny i ludzie próbujący wrócić do życia.

Czyli nawet koniec świata nie jest porządny.

Człowiek chciałby jasności. Albo katastrofa, albo ocalenie. Albo proroctwo, albo technika. Albo kara boska, albo błąd polityki wodnej. Tymczasem Eufrat, nawet kiedy wysycha, uparcie nie chce spełnić naszych oczekiwań narracyjnych. Raz ustępuje, raz wraca. Raz jest rzeką biblijną, raz kanałem irygacyjnym. Raz znakiem ostatecznym, raz przedmiotem negocjacji między państwami. Raz wodą życia, raz tabelą przepływów.

Może właśnie dlatego tak nas niepokoi.

Bo wysychający Eufrat pokazuje coś znacznie bardziej krępującego niż koniec świata. Pokazuje, że nauczyliśmy się budować cywilizacje na rzekach, ale nadal nie nauczyliśmy się żyć tak, jakby rzeki nie były wyłącznie naszą własnością. Przez tysiące lat karmiły miasta, państwa, armie, pola i bogów. Teraz karmimy nimi turbiny, uprawy, ambicje narodowe i statystyki rozwoju. A kiedy zaczyna brakować wody, jesteśmy zdziwieni. Jakby ktoś obiecał nam, że historia naturalna będzie bez końca obsługiwać historię polityczną.

Jest w tym coś niemal komicznego, choć ten komizm ma smak piasku między zębami.

Człowiek najpierw ujarzmia rzekę, potem ją dzieli, mierzy, piętrzy, przekierowuje, sprzedaje, planuje, reguluje, zapisuje w umowie, obejmuje strategią, wpisuje do budżetu i włącza do programu modernizacyjnego. A na końcu, kiedy rzeka zaczyna znikać, podnosi oczy ku niebu i pyta, czy to przypadkiem nie jest znak.

Być może jest to znak.

Tylko niekoniecznie taki, jaki chcielibyśmy zobaczyć.

Nie znak, że aniołowie stoją już w kolejce do ostatniego aktu dziejów. Raczej znak, że nasza wyobraźnia moralna nie nadąża za naszą techniką. Potrafimy zatrzymać rzekę, ale nie potrafimy zatrzymać własnej chciwości. Umiemy budować zapory, lecz gorzej idzie nam budowanie zobowiązań. Łatwiej zobaczyć w Eufracie proroctwo niż wspólną odpowiedzialność kilku państw, kilku narodów i kilku pokoleń.

A może najgorsze jest jeszcze coś innego: apokaliptyczny język bywa wygodny, bo zwalnia z praktycznej winy.

Jeżeli Eufrat wysycha, ponieważ tak zapisano w proroctwie, to co właściwie mamy zrobić? Włączyć transmisję, założyć poważną minę i czekać na królów ze wschodu? Jeśli jednak wysycha z powodu suszy, ocieplenia, złego zarządzania, rabunkowego rolnictwa, zapór, geopolityki, słabości instytucji i braku uczciwej współpracy, wtedy sprawa robi się mniej widowiskowa, ale bardziej kłopotliwa.

Bo wtedy nie wystarczy się bać. Trzeba myśleć. Trzeba negocjować. Trzeba ograniczać. Trzeba z czegoś zrezygnować. A to, przyznajmy, jest dla człowieka zadaniem znacznie trudniejszym niż uwierzenie w koniec świata.

Może więc Eufrat naprawdę jest rzeką proroczą. Nie dlatego, że pozwala obliczyć datę Armagedonu. Wszystkie takie obliczenia mają zresztą tę wadę, że dotąd się nie sprawdziły, choć ich autorzy zwykle zachowywali imponującą pewność siebie. Eufrat jest proroczy, bo mówi nam coś o przyszłości świata, w którym woda stanie się jednym z najważniejszych języków władzy.

Nie ropa. Nie tylko gaz. Nie tylko dane. Woda. Zwykła, przezroczysta, nieefektowna woda, bez której nie ma ani cywilizacji, ani chleba, ani ciała, ani modlitwy.

I może dlatego tak łatwo przykleić do niej Apokalipsę.

Bo głęboko wiemy, że tu nie chodzi tylko o jedną rzekę. Chodzi o cały sposób, w jaki człowiek nowoczesny obchodzi się ze światem: jak z magazynem, z którego można długo wynosić rzeczy, dopóki ktoś nie zauważy pustych półek. A kiedy zauważy, najlepiej powiedzieć, że to tajemnica dziejów.

Nie. To nie tylko tajemnica.

To rachunek.

Eufrat nie musi być dowodem na koniec świata. Wystarczy, że jest to dowód na koniec pewnego złudzenia: że można bez końca zamieniać naturę w infrastrukturę, a potem dziwić się, że natura zaczyna odpowiadać językiem awarii.

Szósty anioł być może nie stoi dziś nad rzeką z czaszą gniewu. Być może siedzi z politycznego awansu, w jakimś biurze gospodarki wodnej, przegląda tabele przepływów, raporty klimatyczne, prognozy suszy, wnioski rolników, noty dyplomatyczne i projekty kolejnych zapór.

I być może, co najstraszniejsze, ma całkiem urzędowy wyraz twarzy.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej