Człowiek współczesny jest istotą wolną. Poznać to można po tym, że bardzo często nie wie, co wybrać.
Stoi przed półką w sklepie i patrzy na dwadzieścia siedem rodzajów mleka. Może wybrać zwykłe, bez laktozy, owsiane, migdałowe, kokosowe, sojowe, ekologiczne, wzbogacone, odtłuszczone, półtłuste, tłuste, szczęśliwe, odpowiedzialne społecznie i zapewne jeszcze takie, które nie tylko nie zawiera mleka, ale być może nigdy w życiu nie widziało krowy. Stoi więc ten wolny człowiek przed półką i czuje, że cywilizacja dała mu coś wielkiego. Dała mu wybór.
Tyle że on przyszedł tylko po mleko.

To oczywiście drobiazg. Ale od drobiazgów zaczyna się podejrzenie.
Może z wolnością stało się coś dziwnego. Może zamieniliśmy ją w nieskończone menu, w którym wszystko można zaznaczyć, odznaczyć, dopasować, spersonalizować, przesunąć suwakiem, zaakceptować, odrzucić albo dodać do koszyka. Dawniej człowiek walczył o wolność, dziś częściej musi przeklikać ustawienia prywatności. Dawniej wyobrażał sobie wolność jako wyjście z więzienia. Dziś coraz częściej doświadcza jej jako obowiązku nieustannego wybierania.
I nie chodzi tylko o mleko.
Wybieramy poglądy, style życia, wizerunki, diety, aplikacje, tożsamości, kanały informacyjne, sposoby odpoczynku, rodzaje pracy nad sobą, sposoby bycia szczęśliwym, a nawet sposoby opowiadania o własnym nieszczęściu. Wybieramy tak często, że sam wybór zaczyna przypominać nie przywilej, lecz etat. Człowiek nowoczesny jest zatrudniony na pełny wymiar w administrowaniu sobą.
W tym miejscu pojawia się zwykle pokusa, żeby westchnąć za dawnym światem. Za porządkiem, hierarchią, jasnością, wspólnotą, Bogiem, ojczyzną, rodziną, rytuałem i chlebem, który był po prostu chlebem, a nie decyzją światopoglądową. Ta pokusa jest zrozumiała, ale trzeba z nią uważać. Dawny świat miał swoje uroki, lecz miał też tę nieprzyjemną cechę, że wielu ludziom nie pozwalał zapytać, czy naprawdę chcą w nim mieszkać. Porządek bywał porządkiem, ale bywał również dobrze ubranym przymusem.
Nie chodzi więc o to, by urządzać małe nabożeństwo przeciwko nowoczesności. Nowoczesność ma swoje zasługi. Dzięki niej wiele osób po raz pierwszy w historii mogło powiedzieć: „nie”. Nie temu małżeństwu. Nie tej roli społecznej. Nie temu księdzu. Nie temu ojcu. Nie temu państwu. Nie tej pracy. Nie temu losowi, który ktoś inny uznał za naturalny.
To są wielkie zdobycze. Nie wypada ich lekceważyć, zwłaszcza siedząc wygodnie po tej stronie historii, która już z nich korzysta.
A jednak coś się tu komplikuje.
Bo wolność rozumiana wyłącznie jako możliwość wyboru ma w sobie ukryty problem. Nie mówi nam, co warto wybrać. Daje drogę, ale nie mówi, dokąd iść. Daje głos, ale nie mówi, czy mamy coś do powiedzenia. Daje narzędzia, ale nie pyta, czy jesteśmy jeszcze podmiotem, czy już tylko sprawnym operatorem własnych impulsów.
Można mieć tysiąc możliwości i być człowiekiem wewnętrznie rozbitym. Można mieć prawo do wszystkiego i nie mieć siły do niczego. Można wybierać bez końca i nigdy nie dokonać wyboru naprawdę. Można całe życie zmieniać opcje, nie zmieniając siebie.
Tu właśnie pojawia się Sołżenicyn.
Byłby chyba ostatnim człowiekiem, którego Zachód mógłby łatwo pouczać o wolności. Człowiek po łagrach, po totalitarnym państwie, po zetknięciu z machiną, która nie tylko odbierała wolność, ale jeszcze kazała dziękować za jej odebranie. Kiedy więc taki człowiek trafia na Zachód, spodziewamy się prostego scenariusza: oto świadek niewoli staje przed ludźmi wolnymi i mówi im, że wygrali. Że są modelem. Że mają rację. Że wystarczy, aby reszta świata nauczyła się od nich demokracji, rynku, praw jednostki i przyzwoitych sklepów z przyzwoitym wyborem przyzwoitych towarów.
W 1978 roku, podczas przemówienia na Harvardzie, Sołżenicyn zrobił coś, czego od wdzięcznego uchodźcy raczej się nie oczekuje.
Zachował się bardzo nieelegancko.
Nie wygłosił przemówienia człowieka ocalonego przez Zachód, który z szacunkiem potwierdza moralną wyższość gospodarzy. Powiedział coś znacznie bardziej kłopotliwego. Powiedział mniej więcej: uciekłem z jednego świata zniewolenia, ale nie jestem pewien, czy wasz świat naprawdę rozumie własną wolność.
To musiało zabrzmieć nieznośnie.
Zachód oczekiwał lustra, w którym zobaczy własną twarz rozświetloną blaskiem zwycięstwa nad barbarzyństwem. Dostał lustro mniej uprzejme. Takie, które pokazuje nie tylko twarz, ale też zmęczenie, samozadowolenie, miękkość, duchową nadwagę i ten szczególny wyraz ludzi przekonanych, że historia potwierdziła ich racje raz na zawsze.
Sołżenicyn nie twierdził przecież, że Zachód jest tym samym, czym był sowiecki totalitaryzm. Takie porównanie byłoby niemądre i obraźliwe wobec ofiar realnego terroru. Gułag nie jest metaforą dyskomfortu człowieka znudzonego dobrobytem. Drut kolczasty nie jest tym samym co nadmiar reklam. Cenzura państwowa nie jest tym samym co algorytm podsuwający nam głupoty, nawet jeśli czasem skutki duchowe bywają bardziej podobne, niż chcielibyśmy przyznać.
Jego niepokój był inny.
Chodziło o pytanie, czy człowiek może przegrać wolność nie tylko wtedy, gdy ktoś mu ją odbierze, ale także wtedy, gdy sam nie będzie umiał jej udźwignąć. Czy wolność bez dyscypliny, bez prawdy, bez dobra, bez jakiegokolwiek wyższego porządku nie zamienia się stopniowo w prawo do kaprysu. A kaprys, jak wiadomo, jest bardzo demokratyczny. Każdy może mieć własny. Tyle że kaprys nie tworzy jeszcze człowieka wolnego. Tworzy raczej człowieka, który reaguje.
Reaguje na bodźce, reklamy, lęki, mody, oburzenia, potrzeby, komentarze, promocje, powiadomienia i własne chwilowe nastroje. Niby wybiera, ale często tylko odpowiada na szturchnięcie. Niby decyduje, ale wcześniej ktoś bardzo starannie zaprojektował mu przestrzeń decyzji. Niby jest autonomiczny, ale jego autonomia coraz częściej przypomina samodzielne poruszanie się po korytarzu, którego ściany postawiono bez pytania go o zdanie.
Nie potrzeba strażnika, gdy człowiek sam nosi przy sobie urządzenie, które co kilka minut przypomina mu, czego ma pragnąć.
Oczywiście można powiedzieć, że to przesada. I bardzo dobrze. Esej bez przesady jest jak zupa bez soli: niby zdrowsza, ale człowiek szybko traci zainteresowanie. Trzeba tylko pilnować, żeby przesada coś odsłaniała, a nie zasłaniała.
Bo rzeczywiście: zachodnia wolność nie jest fikcją. Możemy mówić, pisać, wierzyć albo nie wierzyć, zakładać firmy, zmieniać zawody, krytykować rządy, wyjeżdżać, wracać, protestować, kłócić się, czytać zakazane niegdyś książki, publikować własne opinie i robić wiele rzeczy, za które w innych czasach lub miejscach płaciło się więzieniem, wygnaniem albo życiem. To nie jest mało. To jest bardzo dużo.
Ale może właśnie dlatego warto zapytać, co robimy z tą wolnością, kiedy już ją mamy.
Najłatwiej mówić o wolności wtedy, gdy jej brakuje. Sprawa jest wówczas czysta. Jest mur, strażnik, zakaz, cenzor, granica, pałka, wyrok. Wiadomo, gdzie stoi przemoc. Wiadomo, przeciw czemu trzeba się buntować. Człowiek uwięziony nie musi prowadzić subtelnych seminariów z filozofii wolności. On chce otworzyć drzwi.
Trudniej zaczyna się wtedy, gdy drzwi są otwarte.
Wtedy okazuje się, że wolność nie kończy się na wyjściu z więzienia. Ona dopiero wtedy zaczyna zadawać pytania. Co zrobisz z dniem, którego nikt ci nie zaplanował? Co zrobisz z pragnieniem, którego nikt ci nie zabronił? Co zrobisz z samotnością, której nie można już zrzucić na system? Co zrobisz z własną głupotą, gdy nie ma cenzora, którego można oskarżyć o jej powstanie?
To są pytania mniej efektowne niż walka z tyranią. Nie nadają się na pomniki. Nie mają marszowego rytmu. Nie da się pod nimi łatwo rozwinąć flagi. A jednak to one decydują, czy człowiek wolny będzie naprawdę wolny, czy tylko pozostawiony samemu sobie wśród dobrze zaopatrzonych półek.
Stara tradycja — nie tylko chrześcijańska, ale także grecka i rzymska — rozumiała wolność inaczej niż my. Dla niej wolny nie był ten, kto robi, co chce. Wolny był ten, kto potrafi chcieć właściwych rzeczy. Brzmi to dziś podejrzanie, bo natychmiast pytamy: a kto ustali, co jest właściwe? I mamy rację, że pytamy. Zbyt wielu ludzi w historii bardzo chętnie ustalało cudze dobro, zwykle zaczynając od pięknych słów, a kończąc na regulaminie, policji albo stosie.
Nie można więc bezkarnie powiedzieć: wolność polega na wyborze dobra — i uznać sprawę za zamkniętą. Bo zaraz zjawi się ktoś z gotową listą dobra. Będzie miał poważną twarz, pieczątkę, cytat z klasyka, czasem także mundur albo sutannę. Powie, że wie lepiej. Że człowiekowi trzeba pomóc być wolnym. Że dla jego dobra ograniczy mu się kilka drobiazgów. Na początek słowa. Potem książki. Potem ludzi, z którymi wolno rozmawiać. A na końcu, jak zwykle, okaże się, że wolność jest tak cenna, iż trzeba ją przed człowiekiem zabezpieczyć.
Dlatego nie ufam zbyt łatwym obrońcom „prawdziwej wolności”. Zwłaszcza gdy mówią tonem ludzi, którzy już ją znaleźli i teraz będą uprzejmie rozdawać instrukcje obsługi.
Ale nie ufam też łatwym obrońcom wolności jako samego wyboru. Oni z kolei zachowują się czasem tak, jakby człowiek był doskonały z natury, tylko świat mu przeszkadzał. Wystarczy zdjąć ograniczenia, powiększyć przestrzeń wyboru, dać dostęp, prawa, możliwości, a reszta ułoży się sama.
Nie ułoży się.
Człowiek nie jest aplikacją, która po aktualizacji zaczyna działać poprawnie. Człowiek jest istotą zdolną do dobra, ale również do głupoty, próżności, okrucieństwa, lenistwa, samozakłamania i kupowania rzeczy, których nie potrzebuje, za pieniądze, których nie ma, po to, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubi.
Może więc problem nie polega na tym, że mamy za dużo wolności. Problem polega na tym, że mamy za mało rozmowy o tym, do czego wolność służy.
Bo wolność nie jest jeszcze sensem. Jest warunkiem sensu. Jest przestrzenią, w której sens może się pojawić, ale może się też nie pojawić. Można w tej przestrzeni zbudować życie. Można też ustawić w niej wygodną kanapę, ekran, kilka lęków, kilka przyzwyczajeń i codziennie powtarzać, że przecież nikt nam niczego nie zakazuje.
Być może najzabawniejszy i najsmutniejszy paradoks Zachodu polega na tym, że człowiek wyzwolony z dawnych nakazów bardzo szybko wpadł w nowe obowiązki. Musi być sobą. Musi się rozwijać. Musi wybierać świadomie. Musi mieć pasję. Musi mieć opinię. Musi dbać o ciało, psychikę, relacje, markę osobistą, profil zawodowy, zdrowy sen, jakość oddechu i odpowiednio sfotografowane wakacje.
Dawniej człowiek miał duszę. Dziś ma projekt.
Projekt trzeba prowadzić.
Trzeba go ulepszać, monitorować, promować i od czasu do czasu przebudowywać, bo poprzednia wersja siebie okazała się niewystarczająco autentyczna. W takiej sytuacji niewola nie przychodzi jako zakaz. Przychodzi jako zadanie. Nikt nie mówi: nie wolno ci. Przeciwnie, wszyscy mówią: możesz wszystko. I właśnie od tego „wszystkiego” człowiek zaczyna się czasem dusić.
Nie jest to duszenie dramatyczne. Raczej eleganckie, cywilizowane, dobrze wentylowane. Człowiek nie krzyczy. On tylko wieczorem przewija ekran i czuje, że jeszcze jeden dzień został zużyty na drobne czynności, które razem nie złożyły się w życie. Miał wolność. Korzystał z niej. Kliknął, obejrzał, zamówił, odpisał, przeczytał nagłówki, oburzył się przez chwilę, uspokoił się przez chwilę, odłożył telefon, podniósł telefon, sprawdził coś jeszcze.
Nikt go nie zmuszał.
To jest najgorsze.
Nikt go nie zmuszał.
Wolność bez zewnętrznego przymusu może bowiem ukryć przymus wewnętrzny. Przymus natychmiastowej przyjemności. Przymus porównywania się. Przymus reagowania. Przymus bycia widzialnym. Przymus posiadania zdania na każdy temat, nawet jeśli temat pojawił się dziesięć minut temu, a nasze zdanie zostało w całości zbudowane z cudzych nagłówków.
W takim świecie samodyscyplina zaczyna brzmieć jak słowo z muzeum. Cnota — jeszcze gorzej. Cnota kojarzy się dziś albo z nudą, albo z człowiekiem, który z niepokojącą satysfakcją kontroluje cudze życie. Tymczasem pierwotnie chodziło chyba o coś prostszego i trudniejszego zarazem: o zdolność niebycia niewolnikiem własnego impulsu.
To wcale nie jest mała rzecz.
Człowiek, który nie potrafi odmówić sobie niczego, nie jest wolny. Jest tylko dobrze traktowanym zakładnikiem własnych zachcianek. Człowiek, który musi natychmiast odpowiedzieć, natychmiast kupić, natychmiast skomentować, natychmiast poczuć ulgę, natychmiast zaspokoić gniew, lęk albo próżność, nie jest suwerenem. Jest terytorium okupowanym przez własne reakcje.
I tu stara koncepcja wolności wraca bocznymi drzwiami. Nie jako moralizatorski kij. Nie jako nostalgia za światem, w którym wszyscy znali swoje miejsce, a zwłaszcza ci, którym przypadały miejsca najgorsze. Wraca jako proste pytanie: czy umiesz sobą rządzić? Nie innymi. Sobą.
Bo może wolność polityczna, choć konieczna, nie wystarcza. Może wolność społeczna, choć bezcenna, nie wystarcza. Może wolność wyboru, choć wygodna, nie wystarcza. Może potrzebna jest jeszcze wolność wewnętrzna, ta najbardziej niemodna, bo nie da się jej zagwarantować ustawą, kupić w abonamencie ani pobrać z internetu.
Nie da się jej też nikomu narzucić. I tu zaczyna się kłopot dla wszystkich stron sporu.
Ci, którzy chcieliby człowieka wychować do dobra, muszą pamiętać, że dobro narzucone przemocą bardzo szybko traci podobieństwo do dobra. Ci, którzy chcieliby zostawić człowieka wyłącznie jego wyborom, muszą pamiętać, że człowiek pozostawiony samym wyborom może stać się łatwym łupem dla tych, którzy umieją tymi wyborami zarządzać.
Między tyranią dobra a chaosem kaprysu biegnie wąska ścieżka. Niezbyt efektowna. Bez wielkich haseł. Raczej codzienna, upokarzająco praktyczna. Prowadzi przez pytania, których nie lubimy: czy to, czego chcę, jest naprawdę moje? Czy moje pragnienia nie zostały mi właśnie sprzedane? Czy wybieram, czy tylko reaguję? Czy potrafię zrezygnować? Czy umiem powiedzieć „nie” także sobie, a nie tylko światu, który mnie ogranicza?
Sołżenicyn był w tej sprawie niewygodny, bo przypominał Zachodowi, że nie każda klęska cywilizacji zaczyna się od najazdu barbarzyńców. Niektóre zaczynają się od zmęczenia. Od utraty odwagi. Od przekonania, że komfort jest wystarczającym uzasadnieniem istnienia. Od wiary, że skoro możemy wybierać, to nie musimy już pytać, kim się stajemy przez swoje wybory.
Można oczywiście uznać to za przesadę rosyjskiego moralisty. Zachód od dawna ma z rosyjskimi moralistami ten problem, że są jak goście, którzy przychodzą na kolację i zamiast pochwalić wino, zaczynają mówić o śmierci, duszy i upadku duchowym gospodarzy. Człowiek chciałby podać deser, a tu nagle pojawia się pytanie o sens historii. Trudno się dziwić, że atmosfera siada.
Ale czasem taki gość jest potrzebny.
Nie po to, żeby mu we wszystkim przyznać rację. Raczej po to, żeby zepsuł nam samozadowolenie. Żeby powiedział coś, czego nie da się łatwo zamienić w reklamę. Żeby przypomniał, że wolność nie jest tylko prawem do wyboru następnej rzeczy. Jest także ciężarem odpowiedzialności za to, że z tysiąca możliwych rzeczy wybieramy właśnie tę jedną — i że ten wybór coś z nami robi.
Może więc pytanie nie brzmi: czy wolność Zachodu prowadzi do niewolnictwa?
To zbyt wielkie zdanie. Zbyt wygodne w swojej katastroficznej elegancji. Brzmi dobrze, ale trochę za dobrze. Prawdziwe pytanie jest skromniejsze i przez to bardziej niepokojące: ile niewoli potrafi zmieścić się w życiu człowieka, któremu formalnie wolno wszystko?
Bo być może największą sztuczką współczesności jest to, że nauczyła nas mylić brak zakazu z obecnością wolności. Tymczasem między jednym a drugim rozciąga się całe ludzkie życie. Z jego słabością, pychą, lenistwem, odwagą, czułością, lękiem, sumieniem i potrzebą sensu, której nie da się zaspokoić samą możliwością wyboru.
Człowiek stoi więc przed półką. Patrzy na dwadzieścia siedem rodzajów mleka. Może wybrać każde. Może też nie wybrać żadnego. Może wyjść ze sklepu. Może uznać, że to wszystko jest śmieszne. Może się nawet przez chwilę poczuć filozofem, co zwykle źle wróży prostym zakupom.
A potem bierze pierwsze lepsze mleko, wraca do domu i myśli, że może wolność zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się samo wybieranie.
Bo nie chodzi tylko o to, żeby móc wybrać.
Chodzi jeszcze o to, żeby nie zgubić człowieka, który wybiera.
