Życie, którego nie było

Literatura i filozofia od dawna powtarzają nam tę samą nieznośną rzecz: człowiek może umrzeć, nigdy naprawdę nie żyjąc. Może mieć biografię, stanowisko, mieszkanie, rodzinne zdjęcia, komplet dokumentów, rachunki opłacone w terminie, kilka sukcesów i kilka rozsądnych decyzji, a mimo to
w najważniejszym sensie pozostać kimś nieobecnym we własnym życiu.

ilustracja do eseju Życie bez życia

Brzmi to okrutnie. Może nawet przesadnie. Zwłaszcza dziś, kiedy tak bardzo nie lubimy słów ostatecznych. Wolimy mówić o rozwoju, dobrostanie, jakości życia, realizowaniu potencjału, równowadze między pracą a odpoczynkiem. To są przyjemniejsze pojęcia. Miękkie. Dobrze wyglądają w rozmowie, w poradniku,
w prezentacji, w gabinecie terapeutycznym i w mediach społecznościowych. Ale pod nimi wciąż leży stare pytanie, od którego człowiek nie ucieknie żadnym nowoczesnym słownikiem: czy ja naprawdę żyję, czy tylko wykonuję kolejne czynności człowieka żyjącego?

Wyobraźmy sobie zwykłego człowieka. Nie bohatera tragedii, nie świętego, nie złoczyńcę. Kogoś przeciętnego, rozpoznawalnego, może nawet sympatycznego. Pracuje, płaci podatki, odbiera telefony, prowadzi samochód, umawia wizyty lekarskie. Czasem jedzie na wakacje, czasem narzeka na ceny, robi remont, kupuje nowy telefon albo obiecuje sobie, że od poniedziałku zacznie żyć inaczej. Ma swoje małe ambicje, lęki, przyzwyczajenia i usprawiedliwienia. Nie jest człowiekiem złym. Jest raczej człowiekiem dostosowanym.

Od młodości uczono go, że należy „jakoś się urządzić”. Zdobyć wykształcenie albo fach. Mieć pracę. Nie robić głupstw. Być odpowiedzialnym. Założyć rodzinę albo przynajmniej sprawiać wrażenie kogoś, kto rozumie, że rodzina jest ważna. Nie odstawać za bardzo. Nie mówić zbyt głośno rzeczy niewygodnych. Nie ryzykować bez potrzeby. Nie kompromitować się. Nie dawać innym powodów do komentarzy.

Wszystko to brzmi rozsądnie i do pewnego stopnia rzeczywiście takie jest, bo człowiek nie może przecież co dnia wystawiać świata na próbę w imię własnej autentyczności. Ostrożność bywa formą dojrzałości, rutyna niekiedy chroni przed rozpadem, a kompromis nie zawsze oznacza zdradę samego siebie. Niepokój zaczyna się dopiero wtedy, gdy rozsądek przestaje być narzędziem życia, a zajmuje jego miejsce; gdy człowiek, niemal niepostrzeżenie, odwraca się od tego, co prawdziwe i własne, i coraz wierniej skłania się ku temu, co bezpieczne, dobrze widziane i łatwe do usprawiedliwienia.

Nasz zwykły człowiek przez wiele lat radzi sobie całkiem nieźle. Z zewnątrz wszystko się zgadza. Może nawet budzi szacunek. Pracował, awansował, utrzymał rodzinę, kupił dom albo mieszkanie, wychował dzieci albo przynajmniej nie zaniedbał podstawowych obowiązków. Umiał zachować twarz. Nie robił skandali. Nie roztrwonił życia w sposób spektakularny. Nie przepił go, nie przegrał, nie zniszczył jednym dramatycznym gestem.

A jednak coś w nim od dawna cichło.

Nie od razu. Nie tak, żeby trzeba było wzywać pomoc. Najpierw były tylko drobne sygnały: niechęć do poranków, zmęczenie rozmowami, które niczego nie dotykały, coraz większa obojętność wobec spraw, które kiedyś wydawały się własne. Uczucie, że dzień został dobrze wykonany, ale nie został przeżyty. Że życie posuwa się naprzód, lecz nie wiadomo właściwie dokąd. Że człowiek jest zajęty, potrzebny, czasem nawet doceniany, ale coraz mniej obecny.

Współczesność bardzo pomaga w takim nieżyciu. Dostarcza nam nieskończonej liczby aktywności zastępczych. Możemy przez całe lata odpowiadać na wiadomości, przesuwać terminy, kupować rzeczy, poprawiać profil, oglądać seriale, śledzić wiadomości, oburzać się na cudze poglądy i porównywać swoje życie z cudzym życiem, które prawdopodobnie też nie istnieje w takiej postaci,
w jakiej jest pokazywane. Możemy być nieustannie zajęci i dzięki temu nie zadać sobie żadnego poważnego pytania.

Bo poważne pytania są niepraktyczne.

Nie pomagają szybciej spłacić kredytu. Nie poprawiają wyników sprzedaży. Nie podnoszą zasięgów. Nie ułatwiają rozmów przy stole. Nie pasują do uprzejmego tonu rodzinnych spotkań. Kiedy człowiek pyta: „Czy ja naprawdę tak chcę żyć?”, od razu robi się kłopot. Ktoś może poczuć się oskarżony. Ktoś inny powie, że przesadzamy. Jeszcze ktoś doradzi odpoczynek, urlop albo więcej ruchu. To bywają dobre rady, tylko czasem dotyczą nie tej choroby.

Bo bywa, że człowiek nie jest zmęczony życiem.

Jest zmęczony jego imitacją.

Najbardziej niepokojące jest to, że takie życie zastępcze może wyglądać bardzo przyzwoicie. Nie musi mieć w sobie nic spektakularnie fałszywego. Składa się raczej z drobnych rezygnacji, które pojedynczo wydają się rozsądne. Tego nie powiem, bo po co. Tego nie zrobię, bo już za późno. Tam nie pojadę, bo nie wypada. Z nim nie porozmawiam, bo będzie niezręcznie. Tego nie napiszę, bo ktoś się skrzywi. Tej miłości nie obronię. Tej pracy nie rzucę. Tej prawdy nie nazwę. Tego marzenia nie dotknę. Tej krzywdy nie naprawię.

I tak mija rok. Potem drugi. Potem dwadzieścia lat.

Człowiek rzadko przegrywa życie jednym wielkim błędem. Częściej przegrywa je serią drobnych uników, których nikt nawet nie zauważa. Każdy z nich można usprawiedliwić: brakiem czasu, odpowiedzialnością, zdrowym rozsądkiem, troską o innych, koniecznością albo tym najbardziej podejrzanym zdaniem: „Wszyscy tak żyją”.

A potem przychodzi moment, którego nie da się już odłożyć. Czasem jest nim choroba. Czasem śmierć kogoś bliskiego. Czasem nocna bezsenność. Czasem pusty dom po wyprowadzce dzieci. Czasem diagnoza, której człowiek nie spodziewał się usłyszeć. Czasem emerytura, kiedy nagle znika instytucja, która przez lata mówiła, kim jesteśmy. A czasem zwykłe spojrzenie w lustro, bez żadnej dramaturgii. Ot, człowiek myje twarz, podnosi wzrok i przez sekundę widzi kogoś, kogo nie poznaje.

Wtedy pojawia się pytanie najprostsze i najstraszniejsze: czy to było moje życie?

Nie o to przecież chodzi, czy życie okazało się udane, wygodne albo uznane przez innych, ani o to, czy po latach da się je opowiedzieć w sposób piękny
i przekonujący. Ostatecznie liczy się tylko to jedno, najbardziej nagie pytanie: czy było naprawdę moje?

To pytanie ma w sobie coś bezlitosnego, ponieważ nie interesują go osiągnięcia drugiego rzędu. Można mieć rację w wielu sprawach i przegrać w tej jednej. Można być cenionym pracownikiem, dobrym sąsiadem, odpowiedzialnym rodzicem, człowiekiem punktualnym, rozsądnym i lubianym, a jednak nigdy naprawdę nie spotkać się z samym sobą. Można przeżyć całe życie wśród ludzi
i nie powiedzieć nikomu jednego zdania, które było naprawdę konieczne.

Śmierć, choć robimy wiele, by odsunąć ją od myśli, pozostaje najpoważniejszą próbą realności. Nie przekreśla niczego. Z surową prostotą oddziela to, co istotne, od tego, co było tylko hałasem. W jej bliskości wiele ludzkich zabiegów nagle karleje i traci powagę. Przestaje być jasne, po co przez tyle lat drżeliśmy przed opinią ludzi zajętych przede wszystkim sobą, po co wkładaliśmy na siebie cudze gesty i cudze twarze, po co odkładaliśmy rozmowy, czułość, pojednanie, wolność, twórczość i prawdę, jak gdyby istniał gdzieś magazyn przyszłego czasu, do którego będzie można wejść po latach i odebrać całe nieprzeżyte życie.

Takiego magazynu nie ma.

Jest tylko czas zużyty i czas jeszcze niezużyty. Ten drugi zawsze wydaje się większy, niż jest naprawdę.

Dlatego świadomość śmierci nie musi być myślą ponurą. Może być jedną
z niewielu myśli trzeźwych. Nie chodzi o to, by codziennie żyć w cieniu grobu, melodramatycznie żegnać się ze światem i zamieniać każdy poranek
w filozoficzną uroczystość. Tego nikt by długo nie wytrzymał. Chodzi raczej
o dyskretne, ale poważne przypomnienie, że życie nie jest próbą generalną. Nie będzie drugiego przedstawienia, w którym wreszcie zagramy odważniej, prawdziwiej, bez tej całej niepotrzebnej ostrożności.

Człowiek nie musi robić wielkich rzeczy, żeby żyć naprawdę. Czasem wystarczy przestać kłamać w jednej sprawie. Zadzwonić do kogoś. Odmówić udziału
w czymś, co nas wewnętrznie brudzi. Powiedzieć: nie chcę. Powiedzieć: boję się. Powiedzieć: kocham. Wyjść z roli, która dawno przestała być nasza. Przestać traktować własną duszę jak niepilną korespondencję, na którą odpowie się kiedyś, w spokojniejszym tygodniu.

Nie ma spokojniejszego tygodnia.

Są tylko te tygodnie, które mamy.

Może więc najważniejsza lekcja literatury i filozofii nie brzmi: pamiętaj, że umrzesz. To zdanie znamy aż za dobrze i dlatego przestało działać. Prawdziwa lekcja jest bardziej nieprzyjemna: pamiętaj, że możesz nie zdążyć żyć, zanim umrzesz. Możesz tak sprawnie wypełniać obowiązki życia, że samo życie przemknie obok. Możesz mieć poprawną biografię i pusty środek. Możesz przez lata budować dom, do którego nigdy naprawdę nie wszedłeś.

Nie każdy człowiek musi zostać bohaterem. Nie każdy musi porzucić wszystko, wyjechać, zmienić imię, zacząć od nowa i przemówić językiem wielkich decyzji. Większość prawdziwych zmian dokonuje się ciszej. W tonie głosu. W sposobie patrzenia. W tym, że człowiek przestaje automatycznie wybierać wygodniejsze kłamstwo. W tym, że zaczyna odróżniać spokój od martwoty, obowiązek od ucieczki, rozsądek od lęku, sukces od dobrze urządzonej pustki.

Być może na tym polega dojrzałość: nie na tym, że przestajemy bać się śmierci, ale na tym, że zaczynamy bać się życia nieprzeżytego.

Ten lęk warto zachować.

Nie po to, żeby nas paraliżował. Po to, żeby od czasu do czasu położył rękę na naszym ramieniu i zapytał spokojnie: czy ty na pewno jesteś tutaj? Czy to naprawdę twoje życie? Czy tylko bardzo poprawnie przez nie przechodzisz?

Bo największą klęską nie jest odejść.

Największą klęską jest zorientować się zbyt późno, że przez cały czas było się nieobecnym.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej