Czas, którego nie trzeba usprawiedliwiać. O Pieperze, Vermeerze, Seuracie i filozofii wolnego czasu

Od kiedy zamieszkałem na przedmieściach Wielkiego Londynu, lubię czasem pojechać do centrum i zajrzeć do National Gallery. Nie zawsze z planem. Nie zawsze z listą obrazów. Czasem właściwie bez celu – co w dzisiejszych czasach jest już zachowaniem podejrzanym. Człowiek jedzie pociągiem, potem metrem, wysiada gdzieś w okolicach Trafalgar Square, wchodzi do budynku, w którym zgromadzono kilka stuleci europejskiego patrzenia na świat, i przez chwilę nie musi niczego załatwiać.

To jest sytuacja rzadsza, niż nam się wydaje.

ilustracja do eseju Czas którego nie trzeba usprawiedliwiać

National Gallery ma tę szczególną właściwość, że jej stała kolekcja jest dostępna bezpłatnie. Oczywiście „bezpłatnie” nigdy nie oznacza „za darmo” w sensie absolutnym. Ktoś ten budynek utrzymuje. Ktoś płaci za konserwację obrazów, za ochronę, za światło, za ogrzewanie, za pracę ludzi, którzy pilnują, katalogują, czyszczą, oprowadzają, tłumaczą i otwierają drzwi. Ale z punktu widzenia przechodnia, mieszkańca przedmieścia, człowieka, który ma wolne popołudnie
i nie chce kupować kolejnego przedmiotu, jest w tym geście coś cywilizacyjnie ważnego: można wejść i patrzeć. Nie trzeba natychmiast udowadniać, że się na to zasłużyło. Galeria informuje, że wstęp do stałej kolekcji jest bezpłatny, choć darowizny są mile widziane.

Ostatnio zatrzymałem się dłużej przed obrazem Johannesa Vermeera „A Young Woman standing at a Virginal”, datowanym na około 1670–1672. To niewielkie płótno przedstawia młodą kobietę stojącą przy wirginale, instrumencie klawiszowym spokrewnionym z klawesynem. Obok niej stoi puste krzesło, a na ścianie za nią wisi obraz Kupidyna. W siedemnastowiecznym malarstwie holenderskim sceny muzykowania często wiązały się z tematyką miłości, oczekiwania, spotkania, czasem niewinnego, czasem bardziej dwuznacznego.

Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć: oto obraz czasu wolnego. Kobieta nie wykonuje żadnej czynności, którą łatwo byłoby wpisać w ekonomię konieczności. Nie pierze, nie gotuje, nie rachuje, nie szyje, nie sprzedaje, nie niesie wody. Stoi przy instrumencie. Może przed chwilą grała. Może dopiero zacznie. Może czeka na kogoś, kto usiądzie na pustym krześle. Może czeka na nas – choć oczywiście jest to jeden z tych malarskich podstępów, w które
z radością dajemy się wciągnąć od kilkuset lat.

W obrazie Vermeera jest prawie wszystko, co mogłoby się spodobać Josefowi Pieperowi, autorowi książki „Czas wolny: podstawa kultury”. Pieper pisał po wojnie, w świecie, który odbudowywał miasta, fabryki, państwa, instytucje
i własne złudzenia. Jego zasadnicza myśl była pozornie prosta: kultura nie rodzi się z samej pracy. Kultura potrzebuje czasu wolnego. Ale „czas wolny” nie oznaczał dla niego weekendu, urlopu ani przerwy regeneracyjnej między jednym wysiłkiem a drugim. Pieper pisał o świecie „totalnej pracy”, w którym człowiek zaczyna żyć nie po to, aby być wolnym, ale po to, aby coraz lepiej pracować. Przywoływał odwróconą, niemal gorszącą dla nowoczesnego ucha myśl Arystotelesa: pracujemy po to, aby być w czasie wolnym, a nie odpoczywamy po to, aby znowu pracować.

To rozróżnienie jest kluczowe. Nowoczesny człowiek potrafi zaakceptować odpoczynek pod warunkiem, że odpoczynek da się usprawiedliwić. Śpimy, żeby mieć lepszą koncentrację. Biegamy, żeby mieć lepsze zdrowie. Medytujemy, żeby zmniejszyć stres. Czytamy, żeby rozwijać kompetencje. Chodzimy do galerii, żeby poszerzać horyzonty. Nawet cisza została zatrudniona na etacie
w dziale produktywności.

Pieper powiedziałby zapewne: to jeszcze nie jest czas wolny. To jest tylko praca, która zdjęła krawat i założyła wygodniejsze buty.

Prawdziwy czas wolny zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje usprawiedliwiać swoje istnienie przydatnością. Pieper pisał, że czas wolny nie jest po prostu obecny w zewnętrznych formach: przerwie, wolnym dniu, weekendzie czy wakacjach. Jest raczej stanem duszy, wewnętrzną gotowością do przyjęcia rzeczywistości. To cisza, spokój, zdolność do bycia wobec świata bez natychmiastowego chwytania go za gardło i pytania: „do czego możesz mi się przydać?”.

I tu Vermeer wydaje się niemal idealny.

Kobieta przy wirginale nie jest poza materią. Przeciwnie, wszystko wokół niej jest materialne, ciężkie, kosztowne, dotykalne. Instrument, suknia, perły, marmurowa posadzka, obrazy na ścianach, światło odbite od złoconej ramy, tkaniny, drewno, pigment, rama, płótno. To nie jest czysty duch szybujący nad światem. To jest duch, który nie unosi się nad rzeczami, lecz mieszka pośród nich. Ale rzeczy nie są tu wyłącznie rzeczami użytkowymi. Instrument nie jest tylko meblem. Pokój nie jest tylko pomieszczeniem. Suknia nie jest tylko odzieżą. Obraz Kupidyna nie jest tylko dekoracją. Wszystko zostało jakby lekko przesunięte z porządku użyteczności w porządek znaczenia.

Materia została podniesiona do rangi kultury.

I właśnie w tym sensie Vermeer świetnie tłumaczy Piepera. Czas wolny nie polega na tym, że człowiek staje się niematerialny. Nie polega na ucieczce od przedmiotów, pracy rąk, techniki, rzemiosła, architektury, ubrania, instrumentu czy jedzenia. Przeciwnie: prawdziwa kultura zaczyna się często wtedy, gdy rzeczy przestają być tylko narzędziami.

Chleb może być produktem. Ale może być też posiłkiem, znakiem gościnności, elementem święta, materią liturgii.

Stół może być meblem. Ale może być też miejscem rozmowy, centrum domu, przestrzenią zgody albo kłótni, ostatnią deską ratunku dla rodziny, która jeszcze chce ze sobą usiąść.

Książka może być towarem. Ale może być też śladem czyjegoś życia, próbą zrozumienia świata, przedmiotem bezinteresownego spotkania z cudzym zdaniem.

Tu Pieper dotyka czegoś bardzo ważnego: kultura nie jest przeciwieństwem materii. Kultura jest takim stanem materii, w którym materia przestaje być tylko materiałem.

A jednak przed obrazem Vermeera pojawia się kłopot. Im dłużej patrzymy, tym trudniej udawać, że widzimy wyłącznie piękno czasu wolnego. W katalogu napisane jest wprost, że obraz wiele mówi o społecznym statusie przedstawionej kobiety: jest ubrana w jedwabie, ma perłowy naszyjnik, znajduje się w zamożnym holenderskim domu, z obrazami, marmurową podłogą i kosztownym instrumentem. Galeria zwraca też uwagę, że malowany pejzaż na pokrywie instrumentu był luksusowym dodatkiem, mogącym nawet podwoić jego cenę.

No i tu mamy problem.

Jeśli czas wolny jest podstawą kultury, a kultura jednym z warunków pełnego człowieczeństwa, to czy czas wolny nie powinien być dostępny wszystkim? Czy nie powinien być czymś więcej niż dekoracją klasy posiadającej? Czy nie jest moralnie podejrzane zachwycać się spokojem, muzyką i światłem pokoju, do którego większość ludzi nigdy nie miała klucza?

Vermeer pokazuje czas wolny jako kulturę już posiadaną: z instrumentem, ciszą, prywatnością, wykształceniem, zabezpieczonym bytem, subtelną grą miłosną, obrazami na ścianach i odpowiednią ilością światła. To piękny obraz, ale społecznie niepokojący. Ten niepokój bierze się stąd, że namalowana scena jest prawdziwa. Pokazuje kulturę w jej doskonałej postaci, a jednocześnie odsłania cenę tej doskonałości: ktoś może stać przy wirginale dopiero wtedy, gdy wiele innych spraw zostało już załatwionych.

Ktoś zbudował dom.
Ktoś zrobił instrument.
Ktoś uszył suknię.
Ktoś wyczyścił podłogę.
Ktoś dostarczył jedzenie.
Ktoś zarobił pieniądze.
Ktoś utrzymał społeczną konstrukcję, w której jedni mogli grać, a inni służyli temu, aby gra mogła się odbywać.

To nie unieważnia piękna obrazu. Ale każe nam nie używać Vermeera zbyt łatwo jako ilustracji niewinnej kontemplacji.

Dlatego Vermeer nie wystarcza. Trzeba przejść do innego obrazu.

W National Gallery znajduje się również „Bathers at Asnières” Georges’a Seurata z 1884 roku. To ogromne płótno, około dwóch metrów wysokości i trzech metrów szerokości, przedstawiające mężczyzn i chłopców odpoczywających nad Sekwaną, w rejonie Asnières i Courbevoie, przemysłowego przedmieścia na północny zachód od Paryża. W tle widać mosty, kominy gazowni i fabryk w Clichy, gdzie niektórzy z przedstawionych mężczyzn mogli pracować.

Tu czas wolny wygląda zupełnie inaczej.

Nie ma salonu. Nie ma instrumentu. Nie ma marmurowej posadzki. Nie ma kosztownego wnętrza. Nie ma kobiety w jedwabiach. Jest rzeka, trawa, światło, bezruch ciał, trochę odzieży porzuconej na brzegu, sylwetki chłopców i mężczyzn, którzy przez chwilę nie wykonują żadnej czynności. Siedzą. Patrzą. Milczą. Jakby ktoś zatrzymał czas tuż po pracy albo tuż przed powrotem do niej.

National Gallery zwraca uwagę, że ubranie i postawa tych postaci sugerują robotników albo niższą klasę średnią. Podkreśla też, że Seurat przedstawił wypoczynek klasy pracującej inaczej niż impresjoniści przedstawiali mieszczańskie formy rekreacji. W obrazie pojawia się zresztą kontrast: w łodzi widać mieszczańską parę z parasolką i cylindrem, ale to postacie małe, niemal drugoplanowe wobec monumentalnego, anonimowego mężczyzny siedzącego na brzegu.

I właśnie dlatego Seurat może być dla nas ważniejszy niż Vermeer.

U Vermeera czas wolny jest już kulturą. U Seurata czas wolny jest jeszcze prawem do bycia nieużytecznym.

Ci mężczyźni nad Sekwaną nie tworzą kultury w sensie oczywistym. Nie grają muzyki. Nie czytają poezji. Nie dyskutują przy stole. Nie modlą się. Nie patrzą na obrazy. Nie uczestniczą w subtelnym rytuale salonu. A jednak ich bezruch jest bardzo poważny. Być może poważniejszy niż elegancka cisza Vermeera, bo tutaj nie chodzi o luksus kontemplacji, lecz o najprostsze odzyskanie siebie.

Przez chwilę nie są siłą roboczą.
Nie są rękami.
Nie są plecami.
Nie są czasem najętym.
Nie są częścią fabrycznego rytmu.

Siedzą nad wodą.

To może być najbardziej podstawowa forma kultury: człowiek nie robi nic pożytecznego i świat się od tego nie wali.

Właśnie tutaj Pieper staje się naprawdę polityczny, choć sam nie zawsze byłby zadowolony z takiego słowa. Jeśli bowiem czas wolny jest warunkiem pełnego człowieczeństwa, nie może być luksusem klasowym. Nie może należeć wyłącznie do tych, którzy mają salony, instrumenty, prywatność, biblioteki i odziedziczoną ciszę. Musi przysługiwać także tym, którzy wracają z pracy zmęczeni, brudni, rozproszeni, z obolałym ciałem i poczuciem, że ich czas został już sprzedany komuś innemu.

Bo tu nie chodzi tylko o odpoczynek. Chodzi o godność.

Człowiek pozbawiony wolnego czasu zostaje pozbawiony nie tylko przyjemności. Zostaje pozbawiony możliwości dojścia do siebie. A bez dojścia do siebie nie ma kontemplacji, modlitwy, poezji, myśli, rozmowy, politycznej świadomości ani zwykłej ludzkiej odporności na manipulację.

Społeczeństwo, które odbiera ludziom czas wolny, nie tylko ich męczy. Ono ogranicza ich człowieczeństwo.

Oczywiście także Seurat wymaga ostrożności. Jego obraz nie jest bezpośrednim głosem odpoczywających robotników, lecz spojrzeniem artysty na cudzy odpoczynek. Nie znosi to jednak różnicy między nim a Vermeerem. U Seurata czas wolny nie jest jeszcze wyrafinowanym rytuałem kultury. Jest chwilą, w której ciało przestaje być narzędziem, a człowiek odzyskuje elementarne prawo do bezruchu.

Współczesność nie zniosła tego problemu. Ona tylko go unowocześniła. Dawniej praca była bardziej widoczna: fabryka, komin, warsztat, biuro, sklep, magazyn. Dziś praca bardzo często wchodzi z człowiekiem do domu. Mieszka w telefonie. Leży na stoliku nocnym. Wibruje w kieszeni. Przysyła powiadomienia wieczorem. Udaje pasję, elastyczność, rozwój, samozatrudnienie, twórczość, obecność w sieci. Kiedyś trzeba było wyjść z fabryki, żeby być po pracy. Dzisiaj czasem trzeba by wyjść
z własnego układu nerwowego.

To jest nowa forma świata totalnej pracy.

Nie polega tylko na tym, że pracujemy długo. Polega na tym, że coraz trudniej nam przestać myśleć jak pracownicy. Nawet kiedy nie pracujemy, porównujemy się, planujemy, uczymy, optymalizujemy, publikujemy, promujemy, mierzymy kroki, sen, zasięgi, spalone kalorie, przeczytane strony, obejrzane wystawy, odwiedzone miejsca. Nawet spacer stał się danymi. Nawet muzeum może stać się treścią. Nawet zachwyt może zostać natychmiast przekształcony w zdjęcie, zdjęcie w post, post w reakcję, reakcja w małą dawkę uznania albo rozczarowania.

Pieper ostrzegał przed światem, w którym święto staje się tylko przerwą od pracy, istniejącą po to, aby człowiek mógł wrócić do pracy bardziej wydajny. W świecie totalnej pracy nie ma miejsca ani na bezużyteczny czas, ani na święto, ani na kult, ani na prawdziwą ciszę; wszystko zostaje wciągnięte w zasadę racjonalnej użyteczności.

Dzisiaj można by dopisać: w świecie totalnej pracy nie ma już nawet pełnej bezczynności. Jest scrollowanie, kompensacja, streaming, konsumpcja wrażeń, mały narkotyk bodźców. Człowiek nie pracuje, ale nadal jest eksploatowany – tym razem jako uwaga.

I dlatego National Gallery staje się miejscem dwuznacznym. Z jednej strony jest wielką świątynią kultury. Z drugiej – pozostaje instytucją w konkretnym świecie ekonomii, turystyki, polityki publicznej i nierówności. To, że można wejść bez biletu, jest sprawą fundamentalną. Wolny dostęp do sztuki nie rozwiązuje oczywiście problemów społecznych, ale symbolicznie mówi: kultura nie powinna być wyłącznie prywatnym salonem Vermeera. Powinna mieć także brzeg rzeki Seurata.

I dlatego każda dyskusja o płatnym lub bezpłatnym dostępie do muzeów jest w gruncie rzeczy dyskusją o tym, kto ma prawo do czasu wolnego w sensie Piepera. W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii powraca debata o finansowaniu muzeów, presji budżetowej i ewentualnych opłatach, zwłaszcza dla turystów. Media brytyjskie zwracały uwagę, że bezpłatny dostęp do narodowych kolekcji obowiązuje od 2001 roku i bywa przedstawiany zarówno jako ogromny sukces demokratyzacji kultury, jak i coraz trudniejsze do utrzymania zobowiązanie finansowe.

Ale jeśli potraktujemy Piepera poważnie, pytanie nie brzmi tylko: z czego utrzymać muzeum?

Pytanie brzmi także: czy kultura ma być miejscem, do którego człowiek może wejść bez ekonomicznego egzaminu wstępnego?

Bo są różne rodzaje progów. Jest próg ceny biletu. Jest próg języka. Jest próg wykształcenia. Jest próg klasy. Jest próg pewności siebie. Jest próg czasu. Można formalnie otworzyć galerię dla wszystkich, a jednocześnie stworzyć społeczeństwo, w którym wielu ludzi nie ma już siły, spokoju, odwagi albo poczucia uprawnienia, żeby wejść i patrzeć.

To jest chyba najtrudniejsze.

Czas wolny wymaga nie tylko godzin w kalendarzu. Wymaga także wewnętrznego pozwolenia. Człowiek musi czuć, że wolno mu przez chwilę nie być użytecznym. Że wolno mu patrzeć na obraz, choć nie jest historykiem sztuki. Że wolno mu słuchać muzyki, choć nie zna terminologii. Że wolno mu siedzieć nad wodą, choć nie zrobił z tego treningu, projektu, medytacji ani materiału do mediów społecznościowych. Że wolno mu myśleć bez wniosku. Milczeć bez winy. Czytać bez egzaminu. Modlić się bez efektu terapeutycznego. Spacerować bez liczenia kroków.

To jest wolność trudniejsza, niż się wydaje.

Vermeer i Seurat ustawieni obok siebie pokazują dwa bieguny tej samej sprawy.

Vermeer mówi: czas wolny jest źródłem kultury, bo pozwala materii stać się czymś więcej niż narzędziem.

Seurat mówi: czas wolny jest warunkiem godności, bo pozwala człowiekowi przestać być narzędziem.

Pierwszy obraz jest piękny, ale społecznie niepokojący. Drugi wydaje się skromniejszy i uczciwszy, choć także on pozostaje artystycznym spojrzeniem na cudzy odpoczynek.

Nie chodzi jednak o to, aby jeden odrzucić, a drugi ogłosić zwycięzcą. Chodzi raczej o to, że razem tworzą pełniejszą filozofię wolnego czasu.

Bez Vermeera łatwo sprowadzić czas wolny do samego odpoczynku biologicznego: człowiek przestaje pracować, żeby organizm się nie rozsypał. Bez Seurata łatwo zrobić z czasu wolnego luksusowy salon, w którym kultura staje się przywilejem tych, którzy już mają wszystko, czego potrzeba, aby kontemplować.

Pieper potrzebuje obu korekt.

Od Vermeera bierze przekonanie, że kultura wymaga bezinteresownej obecności, ciszy, muzyki, światła, rzeczy nieużywanych wyłącznie użytkowo.

Od Seurata powinien wziąć świadomość, że ta bezinteresowność musi mieć warunki społeczne, inaczej staje się eleganckim przywilejem.

Może więc współczesna filozofia czasu wolnego powinna brzmieć tak:

Czas wolny nie jest lenistwem.
Nie jest luksusem.
Nie jest produktem poprawiającym samopoczucie.
Nie jest nagrodą za dobrą pracę.
Nie jest tylko regeneracją siły roboczej.
Nie jest także czystą duchowością bez materii.

Czas wolny jest takim sposobem bycia w świecie, w którym człowiek, rzeczy i inni ludzie przestają być wyłącznie środkami do celu.

To może się zdarzyć w galerii.
Przy stole.
W ogrodzie.
Nad rzeką.
W kościele.
W bibliotece.
W kuchni.
Na ławce.
W pociągu z przedmieścia do Londynu.
W chwili, kiedy nie wyciągamy telefonu, choć moglibyśmy.

Może się zdarzyć przed Vermeerem, kiedy patrzymy na kobietę stojącą przy instrumencie i rozumiemy, że kultura potrzebuje przedmiotów, światła i ciszy. Może się zdarzyć przed Seuratem, kiedy patrzymy na robotników nad wodą i rozumiemy, że zanim człowiek zacznie grać na wirginale, musi mieć prawo usiąść na brzegu rzeki i nie być przez chwilę nikomu potrzebny.

To jest może najprostsza, a zarazem najbardziej wywrotowa lekcja Piepera.

Nie chodzi o to, żeby człowiek nic nie robił.

Chodzi o to, żeby jego istnienie nie musiało być bez przerwy rozliczane z pożytku.

Bo kultura zaczyna się tam, gdzie człowiek może przez chwilę przestać być funkcją. A pełne człowieczeństwo zaczyna się tam, gdzie to prawo nie jest zarezerwowane dla tych, którzy mają własny salon, kosztowny instrument i służbę za ścianą, lecz przysługuje także tym, którzy po pracy siedzą nad wodą i nie produkują niczego oprócz ciszy.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej