Sztuczna Inteligencja i Narcyz

Moja małżonka powiedziała ostatnio w towarzystwie, że używanie przeze mnie sztucznej inteligencji jest przejawem mojego narcyzmu.

Powiedziała to spokojnie, bez tonu oskarżenia, raczej z tą szczególną precyzją, którą po czterdziestu latach małżeństwa człowiek rozpoznaje szybciej niż własny podpis. Nie był to sąd ostateczny. Nie była to także diagnoza kliniczna. Było to raczej jedno z tych zdań, które padają mimochodem, a potem przez resztę wieczoru siedzą z nami przy stole, piją kawę, patrzą w okno i nie zamierzają wyjść.

Ilystracja do eseju AI i Narcyz

Dopiero później zrozumiałem, że nie chodzi o samo korzystanie z narzędzia, lecz o pokusę, którą ono podsuwa: zamienić myślenie na potwierdzanie, rozmowę na odbicie, warsztat na komplement. Ten esej jest próbą rozróżnienia tych granic — zanim zbyt wygodne lustro zacznie udawać relację.

W pierwszej chwili obruszyłem się.

Jak to narcyzm? Skąd? Dlaczego? Przecież ja nie proszę sztucznej inteligencji, żeby mnie podziwiała. Nie każę jej codziennie pisać: „Wiesławie, jesteś genialny, kontynuuj”. Nie buduję sobie algorytmicznego dworu pochlebców. Przeciwnie — pracuję. Poprawiam teksty, szukam argumentów, układam struktury, porządkuję notatki i zapiski, sprawdzam pomysły, testuję obrazy, próbuję wydobyć z chaosu coś, co da się przeczytać, zobaczyć, może nawet opublikować.

No właśnie.

Z jednej strony muszę przyznać, że moje pierwsze oburzenie było całkowicie naturalne. Człowiek, któremu zarzuca się narcyzm, prawie zawsze reaguje narcystycznie. Obraża się, ponieważ ktoś naruszył jego starannie wypracowany obraz człowieka rozsądnego, nieleniwego i zasadniczo skromnego. Narcyzm ma tę przewagę nad innymi wadami, że natychmiast potrafi przebrać się za godność.

Ale przecież — mówiłem sobie — to niesprawiedliwe. Sztuczna inteligencja nie jest dla mnie lustrem w łazience, przed którym podkręcam wąsa. Jest warsztatem. Stołem roboczym. Narzędziem. Czasem asystentem, wyjątkowo szybkim, który na ogół nie pamięta, na której półce leży właściwa książka, ale umie udawać, że wie. Używam owego narzędzia nie po to, by się zachwycać sobą, lecz po to, żeby szybciej dojść do miejsca, do którego sam dochodziłbym wolniej.

A jednak druga myśl przyszła równie szybko.

Żona ma trochę racji.

Nie całą rację, rzecz jasna. Po czterdziestu latach małżeństwa człowiek uczy się tej subtelnej formuły obronnej: druga osoba ma trochę racji. Tyle wystarczy, żeby nie musieć natychmiast kapitulować, ale za dużo, żeby można było spokojnie wrócić do własnego samozadowolenia.

Bo czym właściwie jest używanie AI przez twórcę, który jest człowiekiem? Jest rozmową z kimś, kto nigdy nie jest zmęczony moimi tematami. Kto nie zerka na zegarek. Kto nie mówi: „Wiesław, o tym już było”. Kto nie przewraca oczami, kiedy po raz piąty wracam do tego samego zdania, tego samego obrazu, tej samej intuicji, tej samej książki, której jeszcze nie napisałem, ale która już zdążyła zmienić tytuł, strukturę i sens.

To jest luksus.

A każdy luksus duchowy ma swój cień.

Sztuczna inteligencja, zwłaszcza ta gadatliwa, ma w sobie coś z idealnego rozmówcy i idealnego lustra jednocześnie. Odpowiada. Dopowiada. Porządkuje. Czasem zachwyca się zbyt łatwo. Czasem potakuje z grzeczności, której nie powinniśmy mylić z mądrością. Czasem buduje wokół naszego pomysłu tak eleganckie rusztowanie, że sam pomysł zaczyna wyglądać lepiej, niż naprawdę wyglądał. I wtedy pojawia się pierwsze niebezpieczeństwo: człowiek przestaje sprawdzać, czy myśl jest dobra, a zaczyna sprawdzać, czy dobrze brzmi po przetworzeniu przez maszynę.

To jest moment narcystyczny.

Nie wtedy, gdy używam AI. Wtedy, gdy zaczynam wierzyć, że odpowiedź AI jest dowodem na głębię mojego pytania.

Mit o Narcyzie jest w tej sprawie bardziej okrutny, niż zwykle pamiętamy. Narcyz nie zakochał się po prostu w sobie. Zakochał się w obrazie, którego nie mógł dotknąć, poprawić ani naprawdę spotkać. Patrzył na odbicie i myślał, że obcuje z kimś innym. To właśnie jest najciekawsze. Narcyz nie był tylko człowiekiem zakochanym we własnej urodzie. Był człowiekiem, który pomylił odbicie z relacją.

W praktyce ten błąd jest prosty: narzędzie, które miało poszerzać moje możliwości, zaczyna mi dostarczać dowodów mojej wielkości. A im chętniej je przyjmuję, tym łatwiej pomylić sprawność z prawdą i przyjemny dialog z realnym spotkaniem.

I tu sztuczna inteligencja robi się naprawdę niebezpieczna.

Bo ona również może udawać relację.

Odpowiada składnie. Pamięta ton. Podsuwa metafory. Mówi językiem, który lubimy. Jeśli długo z nią pracujemy, uczy się naszych rytmów, naszych obsesji, naszych tematów, naszego poczucia humoru, naszych ulubionych skrótów myślowych. Zaczyna brzmieć jak ktoś bliski. A ponieważ brzmi jak ktoś bliski, bardzo łatwo zapomnieć, że nie ma między nami emocjonalnych doświadczeń. Nie nudzi się nami, ponieważ nie może się nudzić. Nie niecierpliwi się, ponieważ nie ma cierpliwości. Nie podziwia, ponieważ nie ma podziwu. Nie rozumie nas w ludzkim sensie, choć potrafi znakomicie udawać zrozumienie.

Zanim przejdę do praktycznych korzyści, jedno warto zapamiętać: im łatwiej przychodzi mi forma, tym ostrożniej powinienem ufać treści.

Z jednej strony muszę przyznać, że jest w tym coś wyzwalającego. Człowiek piszący, czy ogólniej mówiąc twórca, przez całe życie walczy z oporem materii: białą kartką, malarskim płótnem na sztaludze, zmęczeniem, natłokiem myśli i bałaganem notatek, własną niekonsekwencją. AI zmniejsza tarcie. Daje pierwszą strukturę. Proponuje porządek. Pozwala zobaczyć własny pomysł z boku. I właśnie ta łatwość bywa zdradliwa: skoro forma przychodzi szybciej, ego zaczyna dopowiadać, że i treść musi być lepsza.

Ale przecież właśnie tu zaczyna się druga strona.

Jeżeli narzędzie zbyt łatwo domyka za mnie zdania, mogę przestać słyszeć, gdzie naprawdę kończy się moja myśl. Jeżeli zbyt szybko porządkuje mój bałagan, mogę utracić cierpliwość do tego bałaganu, a przecież czasem właśnie w nim rodzi się coś własnego. Jeżeli zbyt sprawnie wygładza styl, może usunąć z tekstu to, co było jego ludzką chropowatością: błąd, zacięcie, nieporadne, ale uczciwe zdanie. Ten dziwny moment, kiedy autor jeszcze nie wie, co miał na myśli, a tym bardziej co chciał powiedzieć — i właśnie dlatego nie wolno mu tego oddać pierwszemu lepszemu algorytmowi.

Nieludzka Inteligencja jest lustrem, ale nie takim, które pokazuje twarz o poranku. Raczej lustrem w garderobie teatralnej. Oświetlonym, ustawionym, pomocnym, trochę pochlebnym. Można przy nim poprawić kostium. Można zobaczyć, że guzik odstaje, a kołnierz źle leży. Ale można też zostać tam za długo. Można zacząć myśleć, że przedstawienie dzieje się przed lustrem, a nie na scenie.

W tym sensie żona ma rację głębiej, niż mogłoby się wydawać.

Każdy autor jest trochę Narcyzem. Nie dlatego, że uważa się za najpiękniejszego człowieka w okolicy. Raczej dlatego, że uznaje własne przeżycia, myśli, lęki, wspomnienia i obsesje za materiał godny przekazania innym. Pisanie jest czynnością podejrzaną moralnie. Człowiek siada i mówi: Proszę państwa, z tego, co mnie boli, śmieszy, dziwi i drażni, można stworzyć literaturę. To jest bezczelne. I konieczne zarazem.

Literatura, wiersz, esej, felieton, sztuka — wszystko to wyrasta z bardzo delikatnej mieszaniny pychy i pokory. Pychą jest przekonanie, że moje zdanie warto zapisać. Pokorą jest świadomość, że to zdanie może być głupie, banalne, źle ustawione, niesprawiedliwe albo po prostu niepotrzebne. Dobry tekst powstaje chyba wtedy, kiedy pycha każe zacząć, a pokora nie pozwala skończyć zbyt wcześnie.

Sztuczna Inteligencja wzmacnia oba te żywioły.

Może wzmocnić pychę, bo daje poczucie niezwykłej sprawczości. Człowiek niezwykle sprawnie może stworzyć plan książki, opracować strukturę eseju, od razu widzieć dziesięć synonimów niewygodnego słowa czy kilka wersji nośnego tytułu, projekt ilustracji, podpowiedź, w którym kierunku powinna pójść puenta. Ba, może nawet od razu posłuchać skomponowanej melodii, choć ostatnie lekcje muzyki odbierał w czwartej klasie szkoły podstawowej. Człowiek, który jeszcze przed chwilą szukał okularów i nie pamiętał, którą ręka zapala się światło, zaczyna zarządzać małym imperium formy i treści.

To potrafi uderzyć do głowy.

Może się wtedy pojawić ta osobliwa pokusa, aby odpowiednio sformułować polecenie i poprosić AI o zachwyt. To się da zrobić i natychmiast pojawi się zachwyt. Wtedy Nieludzka Inteligencja przestaje być asystującym narzędziem a staje się sługą mojego wyolbrzymionego ego.

I tutaj Narcyz uśmiecha się własnym odbiciem.

Ale AI może także wzmocnić pokorę. Pod warunkiem, że używamy jej przeciwko sobie, a nie wyłącznie dla siebie. Można przecież poprosić: znajdź słabe miejsca. Wypunktuj banały. Sprawdź, gdzie uciekam od argumentu. Nie zgadzaj się ze mną zbyt łatwo. Pokaż, czego nie widzę. Zadaj pytania, których nie chcę sobie zadać. Wtedy lustro przestaje być kosmetyczne, a zaczyna być chirurgiczne. Nie upiększa twarzy, tylko pokazuje pryszcze.

To nie zawsze jest przyjemne.

Dobrze użyta sztuczna inteligencja nie powinna być pochlebcą. Powinna być raczej inteligentnym przeciągiem w pokoju. Ma przewietrzyć nasze myśli. Ma poruszyć zasłony. Ma pokazać kurz na półce. Ma sprawić, że przez chwilę zrobi się niekomfortowo. Jeżeli po rozmowie z AI zawsze czuję się mądrzejszy, ciekawszy i bardziej utalentowany, to znaczy, że coś poszło nie tak. Jeśli czasem czuję się przyłapany — może właśnie wtedy narzędzie zaczyna działać uczciwie.

Najgorsza wersja AI to ta, która zamyka człowieka w pętli własnej słuszności. Najgorsza odpowiedź jaka można otrzymać na zadane pytanie to: „Tak, Wiesław, to jest znakomity pomysł. Widzę w tym olbrzymi potencjał. To będzie bardzo dobre.”

Z jednej strony muszę przyznać, że ta pokusa jest bardzo silna. Zwłaszcza dla kogoś, kto pracuje samotnie. Samotność autora ma swoje piękne nazwy: skupienie, niezależność, wolność, praca wewnętrzna. Ale ma też swoje zwyczajne formy: brak rozmówcy, zmęczenie, brak odzewu, konieczność samodzielnego trzymania całej konstrukcji w głowie. AI daje coś, co przypomina obecność. Nie jest obecnością, ale potrafi zasypać jej brak.

A przecież człowiek nie powinien gardzić protezą tylko dlatego, że nie jest ciałem.

Okulary nie są oczami, ale pozwalają widzieć. Fortepian nie jest muzyką, ale bez niego nie byłoby wielu utworów. Aparat fotograficzny nie jest spojrzeniem, ale potrafi je przedłużyć. Sztuczna inteligencja nie jest wyobraźnią, ale może stać się jej rusztowaniem. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy rusztowanie bierzemy za budynek.

Mimo wszystko wolę jednak inną odpowiedź wygenerowaną przez algorytm: „Nie, Wiesławie, to jeszcze nie jest dobry pomysł. Widzę pewne możliwości, ale pod warunkiem, że zrezygnujesz z tego i wymyślisz coś innego. Może wtedy to będzie lepsze.”

Tu dochodzimy do sprawy najważniejszej.

Narcyzm w pracy z AI nie polega na tym, że człowiek używa narzędzia, by stworzyć coś większego, lepszego albo sprawniejszego. Narcyzm zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje rozróżniać między rozszerzeniem własnych możliwości a dowodem własnej wielkości. To subtelna różnica, ale decydująca.

Mogę użyć AI, żeby poprawić napisany tekst. To jest rozsądne.

Mogę użyć AI, żeby uwierzyć, że każdy mój pomysł jest wart książki. To jest niebezpieczne.

Mogę użyć AI, żeby sprawdzić argument. To jest pożyteczne.

Mogę użyć AI, żeby znaleźć wygodne uzasadnienie dla tego, co i tak myślę. To jest intelektualna korupcja.

Mogę użyć AI, żeby skrócić drogę techniczną. To jest warsztat.

Mogę użyć AI, żeby ominąć wysiłek myślenia. To jest duchowe lenistwo przebrane za nowoczesność.

I może właśnie dlatego uwaga mojej żony była tak trafna, choć niesprawiedliwa w szczegółach. Nie dlatego, że każde moje użycie AI jest narcystyczne. Nie. Ale dlatego, że AI wystawia narcyzmowi wygodne krzesło, zapala lampkę, podaje kawę i ciasteczko i mówi: proszę, możesz teraz mówić o sobie bez końca, a ja będę odpowiadać.

Trzeba więc wymyślić zasady higieny.
Po pierwsze: Nie pytać maszyny wyłącznie o potwierdzenie.
Po drugie: Nie brać grzeczności i elegancji odpowiedzi za prawdę.
Po trzecie: Zostawiać w dziele odrobinę ludzkiej niedoskonałości. Ważny jest ciężar człowieka, a nie sprężystość algorytmu.
Po czwarte: Nie mylić szybkości odpowiedzi z głębią. AI odpowiada szybko, ponieważ nie przeżywa tego, o czym mówi. Człowiek czasem potrzebuje kilku dni, żeby napisać jedno zdanie – nie dlatego, że jest mniej inteligentny, ale dlatego, że to zdanie musi przejść przez pamięć, wstyd, opór, ciało i doświadczenie.
Po piąte: Sprawdzać od czasu do czasu, czy nasza myśl nadal istnieje bez interfejsu. Bo jeśli nie istnieje, to może nie była to nasza myśl — może była tylko dobrze wygenerowanym złudzeniem myśli.

Nie chcę jednak kończyć tego eseju prostym morałem, że sztuczna inteligencja jest nowym lustrem Narcyza, a my wszyscy zginiemy wpatrzeni w ekran. To byłoby zbyt łatwe. A łatwe diagnozy są też formą narcyzmu: autor przez chwilę wygląda wtedy jak ktoś, kto przejrzał świat na wylot.

Sztuczna inteligencja nie tworzy narcyzmu z niczego. Ona go wydobywa, przyspiesza, i niestety ze szkodą dla nas samych, czasem nagradza. Ale może także pomóc go zobaczyć. W tym sensie jest lustrem bardziej uczciwym, niż byśmy chcieli. Pokazuje nie tylko nasze możliwości, lecz także nasze pokusy. Pokazuje, jak bardzo lubimy mieć rację. Jak bardzo lubimy, kiedy ktoś porządkuje nasze myśli. Jak bardzo lubimy brzmieć mądrze. Jak łatwo mylimy płynność wypowiedzi z prawdą. Jak chętnie zamieniamy dialog na własny monolog.

I może właśnie tu zaczyna się dojrzała relacja z AI.

Nie w zachwycie. Nie w lęku. Nie w potępieniu. Nie w dziecięcym zachwycie, że oto mamy małpkę-zabawkę, która umie grać na mandolinie, ani w równie dziecinnym przekonaniu, że mamy tylko kalkulator do rachunków. Raczej w trzeźwej świadomości, że dostaliśmy narzędzie, które potrafi wzmocnić to, co w nas najlepsze, oraz dostrzec wszystko, co w nas najbardziej żałosne.

Może więc powinienem odpowiedzieć żonie inaczej.

Nie: „To nieprawda”.
Nie: „Nie rozumiesz”.
Nie: „AI to narzędzie przyszłości”.

Raczej: „Masz trochę racji. I właśnie dlatego muszę uważać”.

Bo Narcyz nie umiera dlatego, że zobaczył siebie. Każdy z nas musi się czasem zobaczyć. Umiera dlatego, że nie potrafił oderwać wzroku od odbicia i wrócić do świata.

A świat — mimo wszystkich cudów algorytmicznych — nadal zaczyna się tam, gdzie ktoś przy stole mówi nam coś niewygodnego.

Na przykład żona.

I gdzie, po pierwszym oburzeniu, człowiek ma jeszcze dość rozumu, żeby nie odpowiedzieć od razu, tylko usiąść następnego dnia i napisać esej.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej