Piękno i granica

Są miejsca, w których człowiek od razu wie, że nic ważnego mu się tam nie przydarzy.

Nie chodzi nawet o urzędy, choć urzędy przez długie lata pracowały na tę reputację z godną podziwu konsekwencją. Chodzi o wszystkie te przestrzenie współczesnego świata, które zaprojektowano tak, jakby życie było tylko ciągiem czynności do wykonania: wejść, kliknąć, zapłacić, usiąść, odczekać, wyjść. Ściana ma być łatwo zmywalna, krzesło odporne na użytkownika, światło wystarczające, żeby nie złamać nogi, a klamka – owszem – ma otwierać drzwi. Nikt nie wymaga od niej przecież, by przy okazji dawała człowiekowi jeszcze powód do istnienia.

Ilustracja do eseju Piękno i granica

A jednak kłopot zaczyna się właśnie tutaj. Nie w klamce. W tym „przecież”.

Bo może jednak trochę wymagamy. Może nie mówimy tego głośno, żeby nie wyjść na istoty egzaltowane, niepraktyczne albo, co gorsza, kulturalne. Może nauczyliśmy się żyć ostrożnie, przy obniżonych oczekiwaniach i nie żądamy już od świata zbyt wiele, poza tym, by działał. Ale ciało wie swoje. Wchodzi do jednych miejsc spokojniej, do innych z niechęcią. Przy jednych budynkach zwalnia, przy innych przyspiesza. Na jedne twarze patrzy z ufnością, od innych odruchowo się cofa. Jedne melodie zatrzymują je na chwilę, inne przepływają przez nie jak instrukcja montażu suszarki.

I właśnie od tego należałoby zacząć: od podejrzenia, że piękno nie jest luksusem, tylko sygnałem. Nie dekoracją życia, lecz jedną z jego elementarnych orientacji.

Nowoczesność zrobiła z pięknem rzecz dość charakterystyczną. Najpierw odsunęła je na bok jako coś nieostrego, podejrzanie wzniosłego, nie dość mierzalnego. Potem, trochę z nudów, trochę z pychy, rozparcelowała je na mniejsze i bardziej poręczne pojęcia: gust, design, estetykę codzienności, atrakcyjność wizualną, przyjemność percepcyjną. Wszystko to brzmi rozsądnie i czysto. Piękno natomiast brzmi jak słowo z epoki, która miała jeszcze czas na katedry, barok i myśl, że ludzki świat powinien jednak wyglądać tak, jakby ktoś brał go na serio.

Nie mam nic przeciwko rozsądkowi. Rozsądek oszczędza ludziom wielu nieszczęść. Ale ma tę wadę, że zbyt często myli trzeźwość z redukcją. Gdy nie umie czegoś dobrze opisać, ogłasza to przesadą. Tak właśnie bywało z pięknem. Uznawano je za sprawę gustu, a więc prywatną. Za efekt wychowania, a więc względny. Za narzędzie prestiżu, a więc podejrzane. W najlepszym razie za miły dodatek do życia, odpowiednik świeżych kwiatów w hotelowym lobby. Można mieć, nie trzeba.

Świat nie przestanie nagle istnieć. Świat bez piękna ma się całkiem dobrze. Produkuje, przewozi, liczy, zarządza, wyświetla powiadomienia i stawia osiedla, na których każdy dom wygląda tak, jakby zaprojektował go ktoś po przejściach. Problem polega na czym innym: bez piękna świat nadal działa, ale coraz słabiej znaczy. A to nie jest drobiazg. Człowiek bowiem nie żyje samą funkcją. Funkcja mówi mu, jak coś działa. Piękno podpowiada, po co warto w tym uczestniczyć.

Można więc powiedzieć tak: piękno jest biologiczną obietnicą sensu.

To zdanie brzmi trochę zbyt elegancko jak na to, co ma opisać, ale niech zostanie. Jest w nim potrzebna podwójność. Biologiczne – bo piękno nie zaczyna się dopiero tam, gdzie pojawia się teoria estetyczna. Nie trzeba czytać Platona ani znać historii architektury, żeby pewne formy działały na nas uspokajająco, skupiająco, porządkująco. Ciało reaguje wcześniej niż interpretacja. Coś w nas mięknie albo się prostuje. Coś chce zostać dłużej. Coś rozpoznaje harmonię, zanim jeszcze nazwie ją harmonią. Piękno nie jest więc czystym pomysłem kultury. Przechodzi przez układ nerwowy, oddech, uwagę, rytm serca. Zdarza się człowiekowi także fizjologicznie.

Ale zarazem jest obietnicą sensu, a nie samą przyjemnością. I to jest różnica zasadnicza. Przyjemność nasyca. Piękno niekiedy właśnie nie nasyca, lecz zaostrza głód. Nie tylko koi, lecz także budzi tęsknotę. Po spotkaniu z nim człowiek nie myśli jedynie: „to było miłe”. Czasem myśli raczej: „więc jednak istnieje coś więcej”. Niekiedy nie potrafi tego nawet pomyśleć, tylko stoi chwilę w milczeniu jak ktoś, kto przegapił początek ważnego zdania.

Filozofia dawniej rozumiała to lepiej. Umiała mówić o pięknie bez skrępowania, bo nie wstydziła się jeszcze słów takich jak prawda, dobro czy dusza. Dla Platona i Arystotelesa piękno nie było kwestią dekoracji, lecz jednym z tych punktów, w których rzeczywistość daje się odczuć jako większa niż jej doraźne zastosowanie. To, co piękne, nie po prostu nam się podoba. To, co piękne, wyrywa nas na chwilę z tyranii użycia. Pokazuje, że nie wszystko musi być środkiem do czegoś innego.

W tym sensie piękno jest z natury antyużytkowe. Nie bezużyteczne – to byłoby zbyt proste. Właśnie użyteczne do czegoś głębszego niż użytek. Przywraca proporcje między życiem a jego administracją. Między światem jako magazynem rzeczy do obsłużenia a światem jako miejscem, które wolno także kontemplować. Człowiek nowoczesny, jeśli można tak powiedzieć bez zbytniej pogardy dla samego siebie, żyje najczęściej w stanie chronicznego podporządkowania celom. Ma coś załatwić, dowieźć, wykonać, nadrobić, zoptymalizować. Piękno jest jedną z nielicznych sił, które przerywają ten marsz bez tłumaczenia się z własnej niepraktyczności.

Łatwo je zlekceważyć. Ono niczego nie wymusza. Nie przychodzi z pieczątką. Nie wystawia faktur. Nie grozi sankcją. Po prostu się pojawia i oczekuje odpowiedzi. A człowiek może tę odpowiedź przyjąć albo nie. Może się zatrzymać albo pobiec dalej. Może spojrzeć w niebo albo w telefon. Tyle że z tych drobnych wyborów składa się w końcu cała metafizyka codzienności.

Przeciwieństwem piękna nie jest jednak, jak się czasem sądzi, zwykła brzydota. Brzydota bywa nieporadna, przypadkowa, chwilowa. Czasem nawet wzruszająca. Są rzeczy brzydkie, które zachowują jeszcze ślad ludzkiej ręki i ludzkiego losu. Prawdziwym przeciwieństwem piękna wydaje mi się raczej coś głębszego: stan, w którym świat przestaje nas zapraszać. Stan duchowej i zmysłowej odmowy. Można go opisać drugim zdaniem, które sobie tu przynosimy: obrzydzenie jest biologiczną obroną granicy.

To także nie jest metafora wymyślona dla ozdoby. Obrzydzenie nie mówi jedynie: „nie lubię tego”. Ono mówi: „to nie powinno wejść do środka”. Strzeże progu. Najpierw dosłownie, bo chroni organizm przed tym, co skażone, zepsute, niebezpieczne. Potem szerzej: zaczyna obejmować także formy moralne, symboliczne, kulturowe. Obrzydzenie jest strażnikiem integralności. Wskazuje miejsce, w którym kontakt staje się zagrożeniem.

Piękno i obrzydzenie są sobie bliższe, niż chcielibyśmy przyznać. Nie są to dwa odległe krańce mapy, lecz dwa ruchy tego samego, głębszego mechanizmu orientacji. Życie musi wiedzieć, ku czemu się zbliżać, a od czego się odsuwać. Musi umieć rozpoznać nie tylko pokarm, ale także sens. Nie tylko toksynę, ale i formę godną zamieszkania. Piękno mówi: „tu możesz wejść głębiej”. Obrzydzenie mówi: „tu kończy się bezpieczna gościnność świata”.

Jedno otwiera. Drugie zamyka. Jedno obiecuje. Drugie broni. Jedno rozszerza przestrzeń istnienia. Drugie pilnuje, by istnienie nie zostało skażone lub rozproszone. Bez obrzydzenia nie mielibyśmy granic. Bez piękna nie mielibyśmy powodu, by za tymi granicami urządzać coś więcej niż przeżycie.

I tu właśnie zaczyna się kultura.

Kultura nie jest przecież zbiorem informacji. Nie jest nawet zbiorem wartości, jeśli przez wartości rozumieć wyłącznie zasady zachowania. Kultura jest sposobem, w jaki wspólnota czyni świat bardziej zdatnym do zamieszkania niż natura pozostawiona samej sobie. Dlatego przekazuje się ją nie tylko przez prawo, ale przez rytuał; nie tylko przez instrukcję, ale przez opowieść; nie tylko przez przepis, ale przez pieśń, budynek, ornament, strój, gest, rytm mowy. Wielkie kultury pozostawiały po sobie nie wyłącznie kodeksy, lecz także formy piękne. Jakby wiedziały, że to, co najważniejsze, musi zostać ucieleśnione, a nie tylko zadekretowane.

Jest w tym pewna trzeźwa mądrość. Lista zasad mówi człowiekowi, co ma robić. Piękna forma mówi mu, kim jest. Rytuał, pieśń, architektura, święto, przedmiot codzienny ukształtowany z uwagą – wszystko to przekazuje nie tylko treść, lecz także ton świata. Uczy, czy rzeczywistość jest chaosem do zniesienia, czy ładem, w którym można uczestniczyć. Piękno nie jest więc luksusowym dodatkiem do kultury. Jest jednym z jej nośników pamięci.

Utrata piękna nie kończy się na zmianie gustu. Kończy się zmianą antropologii. Człowiek żyjący długo wśród form przypadkowych, brutalnie funkcjonalnych, byle jakich albo cynicznie efektownych zaczyna tracić nie tylko smak. Traci skalę. Przestaje wierzyć, że świat może jeszcze mówić do niego językiem innym niż instrukcja, reklama albo komunikat systemowy. To nie jest jeszcze upadek cywilizacji, ale z pewnością jej zły nastrój ontologiczny.

Nie chodzi o to, by idealizować przeszłość. Dawne epoki miały dość własnych okropności i nie wszystkie zasługują na rehabilitację jedynie z tego powodu, że potrafiły zaprojektować przyzwoitą framugę. Nie każde zdobienie jest prawdą, nie każdy ornament jest mądrością, nie każda katedra czyni ludzi lepszymi. Ale nawet ten banalny argument nie obala rzeczy najważniejszej: człowiek od wieków próbował nadawać formie sens, bo rozumiał, że bez tego życie zaczyna przypominać magazyn dobrze opisanych przedmiotów. Wygodny, jasny, sterylny – i wewnętrznie pusty.

Piękno nie uleczy wszystkiego. Nie naprawi polityki, nie cofnie przemocy, nie wyrówna krzywd i nie sprawi, że nagle staniemy się szlachetniejsi tylko dlatego, że wymieniliśmy lampę na ładniejszą. Byłaby to wiara równie naiwna jak przekonanie, że nowa półka z dębu rozwiąże dramat egzystencji. A jednak bez piękna wszystko inne łatwo staje się duszne. Moralność zamienia się w regulamin. Religia w administrację sacrum. Polityka w zarządzanie lękiem. Codzienność w ciąg operacji technicznych wykonywanych na własnym czasie.

Piękno przypomina, że człowiek nie jest wyłącznie organizmem broniącym swoich granic. Ale obrzydzenie przypomina, że nie jest też istotą bezbronną wobec każdej formy świata. Między obietnicą sensu a obroną granicy rozciąga się całe ludzkie doświadczenie. Tam mieszczą się nasze zachwyty, niechęci, wybory, smaki, sądy, miłości, wspólnoty i odmowy. Tam rodzi się nie tylko estetyka, lecz także etyka. Bo ostatecznie pytanie o to, co piękne, i pytanie o to, co nie do przyjęcia, wyrastają z tego samego źródła: z potrzeby zamieszkania w świecie, który nie będzie ani wyłącznie schronem, ani wyłącznie wystawą.

Najprościej można by powiedzieć tak: człowiek potrzebuje dwóch rzeczy. Potrzebuje granicy, żeby się nie rozpaść. I potrzebuje piękna, żeby nie pomylić ocalenia z pełnią życia.

Bez pierwszego zginie. Bez drugiego będzie żył długo, sprawnie i bardzo nisko.

A to, trzeba przyznać, nie jest szczególnie pociągająca wizja cywilizacji.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej