Instrukcja obsługi (nie)spełnionych pragnień

Dawno, dawno temu, człowiek miał przynajmniej pewną wygodę wyobraźni. Mógł sobie myśleć, że za jego losem stoją wróżki, anioły, bogowie, przeznaczenie, fatum albo chociaż jakiś kapryśny los z poczuciem humoru niezbyt wysokich lotów. Jeżeli coś dostał i okazywało się to kłopotliwe, można było powiedzieć, że padł ofiarą sił wyższych. Dziś jest pod tym względem mniej romantycznie. Dziś nasze wróżki pracują w reklamie, psychologii sukcesu, marketingu aspiracji,
a czasem także w kulturze. Nie przylatują z różdżką, tylko z obietnicą. Mówią łagodniej, ubierają się zwyczajniej, ale mechanizm pozostaje ten sam: człowieku, tylko sięgnij po to, czego naprawdę pragniesz, a będziesz spełniony.

To jest jedno z tych zdań, które brzmi rozsądnie tylko do chwili, kiedy człowiek naprawdę po coś sięga.

Ilustracja do feleitonu Instrukcja obsługi (nie)spełnionych pragnień

Bo największy kłopot z pragnieniami polega na tym, że z daleka wydają się czyste. Są schludne, eleganckie, dobrze oświetlone. Przypominają mieszkanie pokazowe: wszystko stoi na swoim miejscu, nigdzie nie ma kabla, naczynia są idealnie dobrane kolorystycznie, a na stole leży książka, której nikt nigdy nie czytał, ale bardzo pasuje do blatu. Pragnienie oglądane z zewnątrz jest właśnie takie. Wydaje się gotowe do zamieszkania. Dopiero kiedy człowiek dostanie klucze, okazuje się, że za ścianą ktoś wierci od szóstej rano, okna wychodzą na obwodnicę, a czynsz obejmuje także rzeczy, o których w ogłoszeniu mowy nie było.

To zresztą nie dotyczy wyłącznie dóbr materialnych. Z nimi sprawa jest wręcz uczciwsza, bo przynajmniej wiadomo, że chodzi o kanapę, samochód, urlop albo dom z tarasem. O wiele gorzej jest z tymi pragnieniami bardziej wzniosłymi, które człowiek lubi podnosić na wysokość moralnej dekoracji. Miłość, spełnienie, wolność, twórczość, sława, sens. Z nimi dopiero zaczyna się zamieszanie.

Człowiek młody — a czasem nawet nie już taki młody, ale jeszcze dostatecznie niepoturbowany przez życie — sądzi zwykle, że jego przypadek będzie wyjątkiem. To jest jedna z najtrwalszych iluzji naszego gatunku. Inni mogli się rozczarować małżeństwem, ale moje będzie inne. Inni mogli po latach nienawidzić swojej pracy, ale moja przecież wyrasta z prawdziwej pasji. Inni mogli odkryć, że sukces jest po prostu nową odmianą zmęczenia, tylko lepiej ubraną, ale u mnie sukces będzie jeszcze zawierał sens, wdzięczność i może trochę światła wieczornego wpadającego przez duże okna. Innymi słowy: wszyscy moi poprzednicy mylili się na swój sposób, ale ja akurat otrzymam wersję poprawioną.

Nie otrzymuje jej nikt.

Nie dlatego, że świat jest złośliwy. Świat bywa złośliwy, to prawda, lecz tutaj chodzi o coś bardziej banalnego i przez to bardziej męczącego. Chodzi o to, że człowiek nigdy nie pragnie jednej rzeczy. Pragnie zawsze pakietu. Kiedy mówi: chcę miłości, bardzo często ma na myśli także spokój, uznanie, bezpieczeństwo, zachwyt, seks, potwierdzenie własnej wyjątkowości i jeszcze dobrze by było, żeby ta druga osoba rozumiała go bez słów, ale bez tej nieprzyjemnej skłonności do rozumienia za dużo. Kiedy mówi: chcę sukcesu, nie chodzi mu przecież wyłącznie o pracę. Chce także, by praca unieważniła wszystkie jego wcześniejsze upokorzenia. Chce, by ktoś kiedyś pożałował, że go nie docenił. Chce, by własne życie wreszcie zaczęło wyglądać sensownie.

I tu właśnie zaczyna się dramat. Dramat? Oj, nie dramat. Cicha komedia.

Bo życie, niestety, ma zwyczaj spełniać życzenia tylko częściowo. Daje człowiekowi to, o co prosił, ale bez reszty dekoracji, którą sam sobie do tego dopowiedział. Daje małżeństwo, ale nie daje gwarancji codziennego zachwytu. Daje publikację, ale nie daje odporności na recenzje. Daje awans, ale nie daje czasu. Daje rozpoznawalność, ale odbiera prywatność. Daje dom, ale dorzuca kredyt, sąsiadów, pękającą fugę i niepokój, że trzeba będzie teraz do końca życia udawać przed sobą, iż właśnie o to chodziło.

Być może dlatego tak chętnie wracają do nas bajki. Nie dlatego, że w nie wierzymy, lecz dlatego, że w uproszczonej formie opowiadają o naszej uporczywej niedojrzałości. Kopciuszek marzy, cierpi, a potem zostaje zabrany
z kuchni do pałacu. I wszyscy rozumieją, że to nagroda. Oczywiście, formalnie tak. Trudno zaprzeczyć, że pałac robi lepsze pierwsze wrażenie niż kuchnia
z nadpalonym garnkiem i wilgocią pod oknem. Ale pierwsze wrażenie jest w życiu kategorią dość zdradliwą. Wiele nieszczęść zaczynało się od bardzo dobrego pierwszego wrażenia.

Wyobrażam sobie czasem Kopciuszka po dwóch latach. Już nie na balu, tylko
w zwykły wtorek. Makijaż zdjęty, suknia odwieszona, włosy potargane, książę gdzieś wyszedł, zapewne w sprawach ważnych i państwowych, czyli jak to zwykle bywa: takich, których nie da się sprawdzić. W pałacu pełno ludzi, ale nie ma z kim porozmawiać. Wszyscy są grzeczni, uprzejmi i doskonale poinformowani o tym, że nie jest stąd. Nikt nic nie mówi wprost, bo ludzie dobrze wychowani rzadko mówią wprost. Oni tylko potrafią znakomicie podawać herbatę w taki sposób, żeby człowiek poczuł się obco.

I wtedy, bardzo możliwe, Kopciuszek wspomina kuchnię. Nie dlatego, że kuchnia była lepsza. Kuchnia była gorsza pod niemal każdym względem. Ale była jej. Człowiek dziwnie często tęskni nie za tym, co obiektywnie dobre, lecz za tym,
w czym był mniej ujęty w cudzysłów.

W tym sensie większość naszych życiowych awansów ma w sobie coś z przeprowadzki do lepiej wyposażonej formy samotności.

Ale nie ma też sensu przesadzać z tą mądrością po czasie. Łatwo jest szydzić
z Kopciuszka, kiedy siedzi w pałacu i płacze. Jeszcze łatwiej mówić jej wtedy: trzeba było zadowolić się uczciwym chłopem, małym domem i rozsądnym życiem. Tylko że to jest mądrość bardzo tania. Człowiek, który już wie, zawsze radzi rozsądek temu, kto jeszcze marzy. Tyle że sam, na jego miejscu, marzyłby dokładnie tak samo.

Bo przecież nie o to chodzi, że skromniejsze życie automatycznie daje więcej szczęścia. Ono daje po prostu inne rozczarowania. Ta kobieta, która nie poślubiła księcia, mogłaby po latach stać przy zlewie i myśleć z goryczą, że być może gdzie indziej czekało na nią coś większego, bardziej świetlistego, bardziej zgodnego
z tajemnym wyobrażeniem o sobie. Człowiek nie cierpi tylko z powodu złych wyborów. Cierpi także z powodu wyborów niewybranych.

To, czego nie przeżyliśmy, potrafi męczyć równie skutecznie jak to, co przeżyliśmy źle.

Dlatego właśnie rady udzielane innym mają w sobie często coś z eleganckiego oszustwa. Pisarz mówi młodemu człowiekowi: nie idź tą drogą, sława jest męcząca, środowisko marne, uznanie nietrwałe, a triumfy krótkie. I wszystko to może być prawdą. Ale młody człowiek słyszy z tego tylko tyle, że starszy pan miał jednak kiedyś te swoje triumfy, te wywiady, te bankiety, te recenzje, te wszystkie gesty świata, który go zauważył. On więc odpowie uprzejmie, choć w duchu wzruszy ramionami: dobrze, dobrze, pan się sparzył, ale ja jestem z trochę innego materiału.

Każdy z nas przez pewien czas uważa się za wyjątek od prawidłowości, które sam później zacznie głosić z miną człowieka doświadczonego.

Przy tym wszystkim jest jeszcze jeden drobiazg, chyba najbardziej kompromitujący. Otóż my wcale nie pragniemy rzeczy czystych duchowo. To znaczy lubimy o sobie tak myśleć, ale prawda jest mniej wzniosła. Miłość ma być wielka, ale dobrze by było, żeby przyszła razem z odpowiednim mieszkaniem, gustem, zapachem, klasą, rodzajem światła i pewnym poziomem estetyki codzienności. Kariera ma wynikać z powołania, ale niech jednak przełoży się także na konto, uznanie i ten rodzaj swobody, dzięki której człowiek może z wyższością mówić, że pieniądze nie są najważniejsze. Nawet marzenie artysty
o sławie rzadko bywa całkiem oderwane od bardzo konkretnych wyobrażeń
o restauracjach, podróżach, markowych ciuchach i poczuciu, że ci, którzy nie wierzyli, muszą teraz wierzyć trochę bardziej.

Nie ma się tu zresztą czego szczególnie wstydzić. To nie jest zepsucie. To raczej skład chemiczny człowieka. Dusza nie siedzi w człowieku sama. Zwykle prowadzi ze sobą ciało, próżność, lęk, ambicję, rachunki i potrzebę, by chociaż przez chwilę wyglądać na kogoś, komu się udało.

Najuczciwiej byłoby chyba powiedzieć tak: człowiek nie tyle myli się co do tego, czego chce, ile nie docenia kosztów całego pakietu. Wyobraża sobie nagrodę,
a pomija cały system drobnych należności, które przychodzą wraz z nią. Marzy
o wolności i zapomina o samotności. Marzy o bliskości i zapomina o zależności. Marzy o sukcesie i zapomina o ryzyku poddania się ocenie. Marzy o spokoju
i zapomina, że spokój bywa bratem nudy. Marzy o intensywności i zapomina, że intensywność męczy.

A jednak mimo tej całej wiedzy nie umiemy przestać marzyć. I może dobrze. Człowiek całkowicie wyleczony z pragnień byłby zapewne istotą bardzo zrównoważoną, ale nieznośną. Coś w nas musi przesadzać. Coś musi nadal wierzyć, że właśnie ta miłość, ta książka, ten wyjazd, ten dom, ten człowiek, ta decyzja, to lato, ten jeszcze jeden początek okażą się inne niż wszystkie poprzednie. Bez tej naiwności życie stałoby się może spokojniejsze, ale też dużo bardziej martwe. Rozsądek ma swoje zalety, lecz trudno się nim ogrzać.

Pozostaje więc pytanie nie o to, jak przestać chcieć, ale jak nie robić z własnych pragnień religii. Jak je mieć, nie padając przed nimi na kolana. Jak umieć powiedzieć: tak, chcę tego bardzo, ale nie będę udawał, że po drugiej stronie czeka pełnia bytu, sens świata i odwołanie wszystkich wcześniejszych upokorzeń. Chcę, bo jestem człowiekiem. Bo wyobraźnia pracuje. Bo życie bez tęsknoty staje się płaskie. Ale wiem też, że każde spełnienie będzie tylko częściowe, trochę krzywe, trochę nie na temat, trochę z innej bajki niż ta, którą sobie opowiadałem.

Może właśnie na tym polega jedyna dojrzałość, jaka jest nam dostępna: nie na wyrzeczeniu się marzeń, lecz na zgodzie, że i one, i ich spełnienia będą nieczyste.

Świat zresztą zna ten mechanizm lepiej od nas. Dlatego od dzieciństwa obiecuje nam, że zabierze nas na lody albo do cyrku. Bądź grzeczny, wytrzymaj, poczekaj, jeszcze trochę, jeszcze jeden wysiłek, jeszcze jedna próba, jeszcze trochę cierpliwości — a potem będzie nagroda, bo przecież ci się należy. I przez długi czas to działa. Człowiek naprawdę stara się być grzeczny. Naprawdę wierzy, że istnieje jakaś proporcja między wysiłkiem a nagrodą. Że jeśli zachowa się porządnie, świat odpowie czymś więcej niż uprzejmym milczeniem.

Dopiero później dociera do niego, że cyrk nie zawsze przyjeżdża, a lodziarnia jest zamknięta. A czasem przyjeżdża, tylko nie dla niego. A czasem nawet przyjeżdża właśnie dla niego, ale okazuje się zadziwiająco podobny do wszystkiego, przed czym wcześniej próbował uciec.

I wtedy pozostaje człowiekowi ten szczególny rodzaj humoru, który nie jest już młodzieńczą wiarą, ale nie jest jeszcze rozpaczą. Taki humor, który pozwala spojrzeć na własne pragnienia z czułością, choć bez nadmiernego szacunku. Ostatecznie przecież większość z nas przez całe życie robi mniej więcej to samo: wyciąga ręce po ciasteczka, po coś, co z daleka wydaje się wybawieniem,
a z bliska okazuje się po prostu następną formą życia.

To wcale nie jest mało. To i tak dużo lepsze niż nic.

A poza tym, mówiąc uczciwie, od czasu do czasu cyrk jednak przyjeżdża. I choć namiot bywa podarty, lwy zmęczone, a clown ma twarz człowieka po rozwodzie, to jednak przez chwilę świecą światła, orkiestra coś tam fałszuje z godnością,
a nam znowu wydaje się, że może tym razem. Może teraz. Może jeszcze nie wszystko zostało ostatecznie wyjaśnione na naszą niekorzyść.

I chyba właśnie na tej śmiesznej, trochę wzruszającej nadziei trzyma się cały interes.

Odkryj więcej z WIESŁAW W. FAŁKOWSKI

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej