Nie tylko Beatrycze
Jego słowa słyszałem, zanim mówić zaczął
opowieść o dziewczynie, co jak Beatrycze –
zdawało się, że już była, a jeszcze jej nie ma;
zbyt szybko zasnęła otulona mrokiem.
Niesprawiedliwe niebo zakrwawione słońcem
tnie błyskawicy klinga – do wieczora daleko.
Nie czekaj przedwcześnie życzeń dobrej nocy,
nie zasypiaj przedwcześnie otulony mrokiem.
Nie poddawaj się starości chętnej podpowiedzi,
nie wchodź nagi, bezbronny do szerokiej rzeki –
brzegu drugiego we mgle cmentarnej nie widać.
Chociaż kres czujesz, nocy się spodziewasz,
noc nieuchronna na odległym brzegu zniecierpliwiona niech czeka.
Literatura działa czasem jak stary płaszcz po dziadku. Człowiek wkłada go niby z własnej woli, patrzy w lustro i mówi: „Świetnie leży, bardzo mój”. A potem okazuje się, że w kieszeni zostały cudze bilety, zasuszony liść, dwa guziki z innej epoki i kartka z napisem: „to już kiedyś było”. I bardzo dobrze. Poezja nigdy nie udawała, że jest dziewiczym lasem. Bardziej przypomina ogród, do którego każdy coś dosadza, a potem z udaną miną twierdzi, że róże same wyrosły.
Pisząc swój wiersz, nie miałem, rzecz jasna, poczucia, że siedzę przy jednym stole z Dantem, Dylanem Thomasem i Lawrence’em Ferlinghettim. Człowiek na ogół ma o sobie skromniejsze wyobrażenie, a przynajmniej powinien. Wydaje mu się raczej, że pisze własne kilka wersów, coś mu dzwoni w uchu, coś wraca, ale jeszcze nie wie co. Dopiero później, kiedy patrzy na gotowy tekst z pewnym niepokojem, zaczyna rozumieć, że nie jest na tej kartce sam.
Najpierw pojawia się Beatrycze. A skoro Beatrycze, to oczywiście Dante. Nie tylko jako autor wielkiej miłości, ale jako ten, który z ukochanej uczynił postać większą niż biografia: przewodniczkę, znak, obietnicę sensu. I nagle człowiek orientuje się, że użył imienia, które nie chce siedzieć cicho. Beatrycze nie przychodzi do wiersza sama. Zaraz za nią wchodzi cały orszak: miłość idealna, strata, pamięć, zaświaty, tęsknota, światło na końcu drogi. Jednym słowem: kłopot.
Potem z drugiej strony odzywa się Dylan Thomas i robi to po swojemu, czyli bez zbędnej subtelności. Nie wchodź łagodnie w tę dobrą noc. Nie poddawaj się starości. Sprzeciwiaj się gaśnięciu światła. I wtedy nagle człowiek patrzy na własny wers i widzi, że to „nie czekaj przedwcześnie życzeń dobrej nocy” nie wzięło się z powietrza. Nie spadło też z sufitu. Najwidoczniej gdzieś w pamięci, może od lat, siedział sobie Thomas i czekał, aż zostanie wezwany, choćby tylko półgłosem.
A kiedy już wydaje się, że całe towarzystwo zrobiło się zbyt poważne, zjawia się Ferlinghetti i psuje uroczystość w najlepszym sensie tego słowa. Bo on potrafi przypomnieć, że wielka poezja, owszem, bywa wielka, ale nie musi od razu chodzić w todze. Czasem wystarczy drobne przesunięcie, lekka ironia, gest, który spuszcza trochę powietrza z metafizycznego balonu. I nagle okazuje się, że także wobec śmierci, nocy, rzeki i kresu można zachować odrobinę przytomności, a nawet uśmiechu. To cenna lekcja, zwłaszcza dla poety, który sam czasem zbyt chętnie zapuszcza się w okolice tonu ostatecznego.
I tu właśnie zaczyna się dla mnie rzecz najciekawsza. Poezja nie wraca w postaci czystych cytatów. Nie działa tak, że człowiek siada i mówi: „a teraz wstawię Dantego, tu trochę Thomasa, a na końcu odrobinę Ferlinghettiego dla rozluźnienia”. To byłoby zbyt proste, a przy tym śmiertelnie nudne. Poezja wraca raczej jak melodia, której nie pamięta się dokładnie, ale którą rozpoznaje się od pierwszych nut. Wraca jako rytm, obraz, przeczucie, odruch języka. Człowiek pisze swoje, a potem ze zdumieniem odkrywa, że jego „swoje” ma bardzo długą historię.
Czytelnik uważny to zresztą istota podejrzana. Niby siedzi spokojnie z książką, a tymczasem w głowie prowadzi przemyt na dużą skalę. Z Dantego przenosi Beatrycze. Z Thomasa bierze noc i opór. Z Ferlinghettiego odruch, by nawet wobec śmierci nie tracić całkiem poczucia humoru. A potem siada i pisze własny wiersz, przekonany, że jest sam. Nie jest sam. Za jego plecami stoją inni poeci i udają, że ich tam nie ma.
Przyznaję: jest w tym coś trochę śmiesznego. Człowiek pisze kilkanaście wersów, a po chwili wychodzi na to, że urządził sobie spotkanie z bardzo wymagającymi gośćmi. Jeden przychodzi z Florencji, drugi z walijskiego żaru, trzeci z amerykańskiej przekory, a ja siedzę pośrodku i próbuję zachowywać się naturalnie. Nie zawsze się udaje. Ale może właśnie o to chodzi. Poezja jest przecież także sztuką lekkiego zakłopotania wobec własnych lektur.
W tym sensie nie ma co rozpaczać nad starym zarzutem, że wszystko już było. Oczywiście, że było. Była Beatrycze. Była noc. Był bunt przeciw gaśnięciu światła. Był i ironiczny gest wobec zbyt wielkiej powagi. Ale to wcale nie znaczy, że dziś nie można napisać własnego wiersza. Przeciwnie. Można — pod warunkiem, że nie udaje się człowieka pierwszego na świecie, który zobaczył rzekę, noc i kobietę prowadzącą przez ciemność.
Poezja niczego nie zapomina. Tkwi w człowieku cierpliwie, czasem latami, a potem wraca w najmniej oczekiwanym momencie. W jednym obrazie, w jednym wersie, w jednym słowie, które nagle otwiera za sobą cały korowód dawnych głosów. Autor może się wtedy trochę speszyć, trochę ucieszyć, a trochę roześmiać z samego siebie. I słusznie. Bo może właśnie tak wygląda najuczciwsza rozmowa z tradycją: nie jako przemówienie z mównicy, lecz jako zdumione odkrycie, że od dawna siedzi ona z nami przy stole.
Poezja nie jest więc fabryką nowości. Jest raczej bardzo starym sposobem, by dawne słowa raz jeszcze nauczyły się oddychać.
