W klasycznym kryminale trup był skandalem, a nie pretekstem.
To znaczy: zbrodnia naruszała porządek świata i ktoś musiał ten porządek przywrócić — nie przez lament, nie przez autoterapię, nie przez wieloodcinkowe grzebanie w dzieciństwie, lecz przez rozum, uwagę, doświadczenie i znajomość ludzkiej natury. Detektyw, nawet jeśli bywał ekscentryczny, cyniczny, chłodny albo nazbyt pewny siebie, służył przede wszystkim jednej sprawie: dochodzeniu do prawdy. To on miał metodę. Psychologiczny problem był po stronie zbrodniarza.
Poirot nie potrzebował, żebyśmy przez sześć odcinków roztrząsali jego emocjonalne rany. Panna Marple nie siadała na skraju łóżka, patrząc w deszcz za oknem, podczas gdy kamera delikatnie sugerowała, że prawdziwą zagadką nie jest wcale morderstwo, tylko jej wewnętrzne pęknięcie. Holmes, nawet jeśli miewał swoje mroki, nie zamieniał śledztwa w spektakl własnej niestabilności. Maigret próbował rozumieć ludzi, ale nie po to, żeby samemu rozlecieć się psychicznie na ekranie. Marlowe był zmęczony światem, owszem, lecz nie należało każdej jego wizyty na miejscu zbrodni traktować jako kolejnej sesji terapeutycznej w terenie.
To jest zasadnicza różnica.
Klasyczny kryminał mówił mniej więcej tyle: oto zło, oto jego ślady, oto człowiek, który potrafi z tych śladów odczytać sens. Współczesny kryminał streamingowy coraz częściej mówi coś innego: oto zbrodnia, ale spokojnie, ona zaraz ustąpi miejsca prawdziwie istotnemu tematowi, czyli temu, że prowadzący sprawę gliniarz ma kłopoty z gniewem, alkoholem, traumą, ojcem, matką, byłym partnerem, własnym dzieckiem, zaufaniem, tożsamością, snem, poczuciem winy i zapewne jeszcze z czymś, co zostanie ujawnione w odcinku piątym.
Dawniej pytanie brzmiało: kto zabił i dlaczego?
Dziś coraz częściej brzmi ono: co się właściwie stało temu detektywowi, zanim w ogóle wszedł na miejsce zbrodni?
Nie twierdzę, że dawni śledczy byli psychologicznie przezroczyści. To byłoby nieuczciwe. Mieli swoje maniery, obsesje, słabostki, swój styl patrzenia na świat. Różnica polega na czym innym: ich psychologia nie pożerała fabuły. Była narzędziem, nie tematem głównym. Detektyw miał osobowość, ale nie miał obowiązku rozsypywać się na oczach widza tylko po to, żeby scenarzysta mógł nam wmówić, że oto obcujemy z czymś „głębokim”.
Bo właśnie to słowo zrobiło tu wielką karierę: głębia.
Współczesny kryminał bardzo chce uchodzić za głęboki. Sama zagadka już mu nie wystarcza. Sam motyw zbrodni wydaje się czymś podejrzanie prostym, zbyt gatunkowym, może wręcz trochę wstydliwym. Trzeba więc dobudować ciężar psychologiczny. Tyle że ten ciężar coraz rzadziej spoczywa tam, gdzie powinien — na sprawcy, ofierze, relacji między czynem a motywem — a coraz częściej ląduje na barkach śledczego. I wtedy otrzymujemy osobliwy produkt naszych czasów: kryminał, w którym trup leży głównie po to, by gliniarz mógł głębiej przeżyć siebie.
Zbrodnia staje się usługowa.
Morderca bywa już tylko dostawcą zdarzenia inicjującego. Ofiara — koniecznym elementem konstrukcyjnym. Motyw — czymś do domknięcia przy końcu. Cały prawdziwy kapitał emocjonalny zostaje zainwestowany gdzie indziej: w pęknięcie detektywa. W jego bezsenność. W jego milczenie. W jego patrzenie. W jego nawracające wspomnienia. W jego niezdolność do bliskości. W jego ponury spacer nad wodą albo przez parking podziemny. W jego twarz, która ma nam powiedzieć więcej niż sam scenariusz.
Oczywiście, można bronić tego zwrotu. Można powiedzieć, że współczesny widz nie ufa już figurze śledczego jako reprezentanta ładu. Że policjant musi być dziś kimś wewnętrznie naruszonym, bo żyjemy w epoce podejrzenia wobec instytucji, autorytetów i prostych moralnych porządków. Można powiedzieć, że świat jest bardziej skomplikowany, więc i bohater musi być bardziej skomplikowany.
Dobrze. Zgoda.
Tylko że komplikacja nie zawsze jest wartością. Czasem jest po prostu namnażaniem problemów po niewłaściwej stronie opowieści. To, co przedstawia się jako psychologiczną subtelność, bywa zwykłym przesunięciem środka ciężkości. Już nie badamy zbrodni. Badamy badacza. Już nie pytamy, jak rodzi się przemoc. Pytamy, jak długo jeszcze główny bohater wytrzyma bez załamania. Już nie interesuje nas mechanizm winy. Interesuje nas stan psychiczny człowieka, który ogląda zwłoki i ma przez to trudne dni.
W pewnym momencie robi się to wręcz komiczne.
Na ekranie pojawia się kolejne ciało, a widz zamiast myśleć: „co tu się wydarzyło?”, zaczyna podejrzewać, że to następny etap prywatnej drogi detektywa ku samopoznaniu. Za chwilę będzie siedział sam w samochodzie. Potem skłóci się z przełożonym. Potem nie odbierze telefonu od kogoś bliskiego. Potem naruszy procedury, bo przecież tylko on „czuje sprawę”. Potem ktoś mu powie, że nie nadaje się już do tej roboty, co oczywiście okaże się dowodem, że nadaje się bardziej niż wszyscy inni. A wszystko to zostanie podane w estetyce najwyższego psychologicznego skupienia, jakbyśmy oglądali tragedię antyczną, a nie kolejną wariację na temat funkcjonariusza, który od dawna powinien pójść na urlop i może również na leczenie.
Nie chodzi o to, że detektyw nie może być zraniony. Może. Czasem nawet powinien. Chodzi o proporcję.
Kiedyś detektyw demaskował cudze zaburzenie. Dziś coraz częściej zaburzenie prowadzi śledztwo.
I to właśnie wydaje mi się znamienne dla naszego czasu. Bardzo chcemy wierzyć, że wszystko jest psychologią. Że każda opowieść musi być opowieścią o wewnętrznej ranie. Że nie wystarczy już inteligencja, obserwacja, doświadczenie, etyczna przenikliwość. Bohater musi jeszcze nosić w sobie jakiś ciemny lej, do którego scenariusz będzie mógł raz po raz zaglądać z nabożnym przejęciem.
To jest może cena współczesnej wrażliwości. Ale jest też w tym coś trochę śmiesznego. Bo jeśli tak dalej pójdzie, to dojdziemy do momentu, w którym jedyną naprawdę zdrową psychicznie osobą w kryminale okaże się morderca. Wszyscy inni będą na granicy załamania, a policjant, zamiast rozwiązać sprawę, będzie stanowił jej najcięższy przypadek kliniczny.
A przecież kryminał nie musi się wstydzić własnej prostoty. Nie musi udowadniać, że jest od razu traktatem o traumie. Czasem naprawdę wystarczy trup, ślad, motyw i człowiek, który potrafi połączyć fakty. Czasem największą siłą opowieści nie jest psychiczny rozpad śledczego, lecz jego skupienie.
Może właśnie tego dziś najbardziej brakuje: bohatera, który nie będzie bardziej zagadkowy od samej zagadki.
