Przez długi czas pisałem tak, jak dziś pisze wielu z nas: pomiędzy.
Pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim. Pomiędzy wiadomością a odpowiedzią. Pomiędzy nagłym impulsem a zmęczeniem. Pomiędzy światem, który domaga się natychmiastowej reakcji, a własnym oporem wobec tej natychmiastowości. Z tego pisania „pomiędzy” czasem rodziły się rzeczy dobre, a czasem tylko zapisy pośpiechu, który próbował udawać namysł.
Coraz wyraźniej czuję, że nie chcę już pisać w ten sposób.
Nie dlatego, że tempo współczesnego świata da się po prostu odrzucić. Tego się chyba nie da zrobić całkowicie. Ono wchodzi w nas, w język, w odruch, w sposób patrzenia na własną pracę. Człowiek zaczyna myśleć nie tylko o tym, co chce powiedzieć, ale też czy zdąży, czy to wystarczy, czy nie zginie, czy nie okaże się zbyt długie, zbyt ciche, zbyt mało „natychmiastowe”. To są pytania, które zabierają energię rzeczom najważniejszym.
A przecież wszystko, co naprawdę istotne w pisaniu, dzieje się trochę wolniej.
Wolniej przychodzi zdanie, które nie jest tylko sprawne, ale prawdziwe. Wolniej dojrzewa ton. Wolniej odsłania się sens. Wolniej człowiek rozpoznaje, czy pisze dlatego, że ma coś do powiedzenia, czy tylko dlatego, że nie chce zniknąć z pola widzenia. To nie jest mała różnica. To jest różnica zasadnicza.
Być może ta strona jest także próbą obrony przed takim znikaniem. Ale nie przez hałas. Raczej przez upór. Przez decyzję, że warto budować własne miejsce dla tekstów, które nie mieszczą się dobrze w logice pośpiechu. Miejsce dla rzeczy niekoniecznie efektownych, czasem niedomkniętych, czasem bardziej pytających niż odpowiadających, ale jednak własnych.
Nie chcę już pisać w biegu.
Chciałbym pisać tak, żeby słowo miało jeszcze ciężar, zdanie miało jeszcze rytm, a myśl nie musiała od razu stawać się stanowiskiem. Chciałbym wrócić do takiego pisania, które nie ściga chwili, tylko próbuje ją zrozumieć. Nawet jeśli oznacza to mniej. Nawet jeśli oznacza wolniej. Nawet jeśli oznacza pisanie trochę pod prąd.
Na razie tyle.
Reszta, jak zwykle, wyjdzie w pracy.
